piątek, 12 września 2014

John, John i po Johnie...

Piekny wrzesien trwa. Odwiedzil nas angielski znajomy, John. Oprowadzalismy go po krakowach, rynkach, zakopanych i wieliczkach, az sie biedny chlopina z nadmiaru wrazen pochorowal. Romek katar z przedszkola przyniosl, a dziadek sie rozlozyl. W kazdym razie, juz pojechal, a ja odpoczywam, laze w majciorach (albo dresach) po domu, mam balagan wszedzie i jemy na obiad frytki. O! Co sobie bedziemy zalowac?
Romek w przedszkolu jest po prostu uwielbiany przez panie. Chwala, ze taki zaradny, samodzielny, pomocny, przyjacielski i inteligentny, a na dodatek wygadany jak nikt w jego wieku. No po prostu lukier z cukrem pudrem. A dzis jeszcze mowily, ze to tak swietnie wychowane dziecko. No miod na moje matczyne styrene serce ;-) Romanowi bardzo sie podoba nowe miejsce. My rowniez jestesmy zadowoleni. A ja czuje ogromna roznice, gdy mam tylko jedno dziecko w domu - te lipce i sierpnie mnie wymeczyly okrutnie.
Dziewczynki wrocily po wakacjach do szkoly w swietnych humorach. Emilka wydaje mi sie pewniejsza siebie. Ma wszystkie nowe nauczycielki, duzo przedmiotow ciekawych - najbardziej lubi biologie, plastyke i muzyke. W Ninie kocha sie polowa chlopcow z klasy - ciagle przynosi od nich jakies prezenty (a to slodycze, a to jakies naklejki, czy gumki do mazania). No i jest niezmiennie popularna wsrod rowniesnikow.
Zajec obie maja duzo. Nina siedzi codziennie na swietlicy. Odrabia wtedy zadania domowe, albo sie bawi.
Ja sie "rozszylam" na dobre. Mam zamiar zalozyc osobnego bloga z szyciem, ale nie mam czasu i chyba tez troche ochoty na robienie zdjec tym moim ubraniom. To znaczy, nawet nie to, ze nie mam ochoty, tylko, ze troche mi na wszystko czasu brakuje, a jak go mam, to wykorzystuje na szycie. Wiec musze koniecznie jeszcze popracowac nad organizacja pracy. Bo po zmroku to nie ma sensu robic zdjec, wiec musze wydluzyc dzien. Jakos. Jak?
Poza tym czuje, mimo wszystko, mimo malucha pod nogami non stop, taka harmonie w zyciu. Fajnie jest jak jest, chociaz bardzo, bardzo ciezko, bardzo trudno kazdego dnia. Czesto niedospani, czesto na skraju sil. Ale prawda jest tez taka, ze jak cokolwiek robi sie latwiej, gdy zostaje choc wolna sekunda, to czlowiek tak ambitny jak ja natychmiast chce ja wykorzystac, wymysla nowy plan, pracuje i pracuje i pracuje. Tak wiec to, ze jest ciezko to tez kwestia moich wymagan, potrzeb, ambicji i checi, by robic cos "oprocz dzieci". Mysle, ze z taka gora obowiazkow, to wlasciwie moglabym juz do konca zycia tylko przy dzieciach robic i starczyloby tej pracy na jeszcze 2, 3 pary rak. Moglabym juz nawet pol ksiazki nie przeczytac i nie miec do siebie o to najmniejszych pretensji.

Dzis bez zdjec, bo to troche jednak trwa. Jutro postaram sie powybierac najswiezsze.

2 komentarze:

deKrzychu pisze...

Glowa do ogry!
estes super, masy super dzieci i wszystko sie dobrze uklada!
I prosze sie nie poddawac, odpoczwac bedziemy na starosc!

dorota pisze...

:-)))

Współtwórcy