poniedziałek, 10 grudnia 2018

Before Christmas


Świąteczna atmosfera otacza nas, mimo wczesnego grudnia, zewsząd. Migające światełka, przystrojone choinki, święte Mikołaje, kolędy, dzwoneczki i mince pies wyglądają z każdego zaułka. Ludzie jakby przyspieszyli w konsumpcjonizmie, taszczą wielkie siaty, przepychają się, zapatrzeni w siebie, do wewnątrz.
Weekend w domu był twórczy. Piekliśmy świąteczne pierniczki. Dużo malowaliśmy. Najpierw obrazy na płótnie, które początkowo miały być własnoręcznie zrobionymi prezentami dla rodziny w Polsce. Nie wiem, czy jednak ten pomysł się sprawdzi, bo chętnych, by pożegnać się z własnym dziełem nie ma. Jedynie Romek nadal chce dać swój obraz pod choinką wujkowi i cioci.
Ponoć oszczędzania należy się uczyć od najmłodszych lat, aby więc ułatwić to własnym dzieciom kupiłam im skarbonki, które należało własnoręcznie ozdobić. Może w końcu ktoś w tej rodzinie nauczy się jak odkładać pieniądze? Nam (dorosłym) jakoś to słabo wychodzi... Ale za to całkiem nieźle wychodzi nam wspólne, twórcze spędzanie czasu.



Despite early December the Christmas atmosphere surrounds us everywhere. Flashing lights, decorated Christmas trees, holy Santa Clauses, carols, bells and mince pies look from every corner. People seem to have accelerated in consumerism, they carry big shopping bags, they push each other staring inside themselfs.
The weekend at home was creative. We've baked Christmas gingerbreads. We painted a lot. First, paintings on canvas, which were originally intended to be gifts made for the family in Poland. I do not know if this idea will work, because noone is willing to say goodbye to his own painting. Only Romek still wants to place his picture under the Christmas tree as a present for uncle and aunt.
Apparently, savings should be learned from an early age, so to facilitate it to my own children I bought them piggy banks, which were to be personally decorated. Maybe finally someone in this family will learn how to save money? We (adults) somehow do it poorly ... What we do quite well is spending time together creatively.


















piątek, 7 grudnia 2018

Cooperation

Jeżdżenie po angielskich drogach dostarcza mi nieznanych wrażeń. Nie mam tu na myśli ruchu lewostronnego, do którego przywykłam szybko. Jestem zafascynowana umiejętnością współpracy wypracowaną przez tutejszych kierowców. Sheffield nie jest miastem łatwym do poruszania się własnym autem. Uliczki są bardzo wąskie, po dwóch stronach drogi stoją zaparkowane samochody, dodatkowo miasto położone jest na wielu stromych pagórkach. W takich warunkach musiała rozwinąć się wyjątkowa kultura jazdy autem. No właśnie, czy musiała?
Wszyscy jesteśmy zazwyczaj zgodni co do zalet płynących ze współpracy. Ponoć, to właśnie dzięki niespotykanej wśród żadnego innego gatunku na świecie umiejętności współdziałania opanowaliśmy Ziemię. Współpraca była i jest kluczową umiejętnością homo sapiens. Kooperujemy, gdy pojawia się wspólny cel. Może nim być, jak we wspomnianym wyżej przypadku, sprawne poruszanie się po mieście autem. Każdy przecież chce dotrzeć na miejsce.
Słyszałam kiedyś definicję dobrego małżeństwa, z której trafnością, po dwudziestu jeden latach związku, zgadzam się do dziś. Ponoć zgrane małżeństwo to takie, w którym naczynia same się myją. Jakież to prozaiczne i jak bardzo prawdziwe. Nie chodzi bynajmniej o to, że to jedno z małżonków bez szemrania i buntu owe gary myje (najczęściej taka właśnie rola przypadała dawniej kobiecie - ale o tym chyba nikomu przypominać nie muszę). Kwintesencja dobrego małżeństwa tkwi w czym innym: naczynia myje się w domu, gdy są brudne. Nie jest ważne kto to zrobi, bo do obowiązku wspólnego dbania o dom poczuwa się każdy. Nie ma targowania się, sprzeczania, wyliczania zasług, walki o to, by wymigać się z tego niewdzięcznego obowiązku. Jest do wykonania praca, więc każdy, kto jest w związku łapie za gąbeczkę, ściereczkę i płyn i po prostu robi robotę. I każdy dba o to, by ta druga strona nie przepracowywała się za bardzo. Każdy dba o sprawiedliwy podział pracy i wysiłku, by nikt nie był poszkodowany.
Tak jak w dobrym małżeństwie, tak też i w szerszej wspólnocie obowiązują te same zasady dotyczące współpracy. Są też, jak widać, te same zagrożenia. Pierwszym z nich jest zrzucanie odpowiedzialności za wynik współdziałania na drugą stronę przejawiający się chociażby niechęcią do ustępstw. Znam te wymówki na pamięć: "dlaczego to ja mam ustępować na drodze?", "niech inni ustępują, to będę i ja." Klasyczny przykład targowania się! Bezsensowna szamotanina, na której tracą wszyscy. Skoro warunki drogowe są ciężkie, skoro wszyscy mamy ten sam cel, by gdzieś dojechać, to powinna pojawić się odpowiedzialność za to, co dzieje się na drodze. Nie jest ważne, że ustępuję teraz ja, że być może i kolejnym razem to znów ja będę musiała zjechać w zatoczkę i poczekać na swoją kolej, mimo, że bardzo, bardzo mi się spieszy. Bo następnym razem, to ktoś inny, a potem jeszcze ktoś i jeszcze jeden przepuści mnie pierwszą, poczeka. Na drodze i w małżeństwie to właśnie dzięki wspólnemu celowi i schowaniu do kieszeni egoizmu osiągnąć można wiele. Ustępowanie nikogo nie poniża, choć często odnoszę takie wrażenie patrząc na ludzi, którym obca jest taka postawa. Trochę tak, jakby się bali, że przepuszczenie kogoś na drodze strąci im z głów koronę króla szos. A korona to przecież atrybut władzy. Nieumiejętność współpracy i potrzeba utrzymywania przewagi nad innymi idą ze sobą pod rękę. Jeśli dla kogoś ważniejsze jest decydowanie, rozkazywanie i okazywanie władzy niż osiąganie wspólnego celu, to nie ma mowy o współdziałaniu. Skoro mamy osiągnąć jakiś wspólny cel, to zaraz pojawia się pytanie: jak? I ponieważ, każdy z nas ma się za osobę myślącą, wszak nikt nie narzeka na niedosyt rozumu, to każdy czuje potrzebę, by odpowiedzieć na pytanie: "w jaki sposób osiągniemy współpracę". Być może nawet każdy ma swoją wizję współdziałania. Być może nawet każdy chciałaby decydować o charakterze współpracy (tej na drodze, tej przy domowym zmywaku i każdej innej). I znowu tutaj przydadzą się głębokie kieszenie, do których, obok upchanego wcześniej egoizmu, schowamy również potrzebę władzy.
Często obserwuję moje dzieci w trakcie zabawy. A że każde z nich miewa od czasu do czasu chęć porządzić innymi, nie ustępować i egoistycznie rozkazywać wszystkim pozostałym, to też dochodzi do sytuacji, gdy uzurpator zostaje (jako jedyny!) usunięty ze wspólnej zabawy. Życiowa lekcja i płynący z niej przekaz jest jasny: nie umiesz współpracować, to się z nami nie bawisz!

Piątkowo życzę Wam dużo zabawy, mało naczyń w zlewie i życzliwych kierowców na drogach. A życiowo życzę Wam dużo owocnej współpracy.

(A short note to my english readers: this post was translated with a big help of google translator and a minimum efford from my side. I hope it is understandable enough. Sorry for all the mistakes it might contain. It is Friday, I am home alone - Greg went to Poland - and house work as well as painting work is waiting for me right now. I simply wanted to publish this text today. I promise to work on it later and make it clear for you.)

Driving English roads gives me unknown experiences. I do not mean left-hand traffic, which I'm used to quickly. I am fascinated by the cooperation skills developed by local drivers. Sheffield is not an easy city to drive your own car. Streets are very narrow, cars are parked on both sides of the road, in addition, the city is located on many steep hills. Under such conditions, an exceptional car driving culture had to develop. Well, did it have to?

We are all generally in agreement about the advantages of cooperation. Apparently, it is thanks to the unprecedented skills of cooperation that we have not seen anywhere else in the world that we have ruled the Earth. Collaboration has been and is a key homo sapiens skill. We cooperate when a common goal appears. It can be, as in the aforementioned case, efficiently moving around the city by car. Everyone wants to get somewhere.

I once heard the definition of a good marriage, from which I am in agreement till today, after twenty-one years of relationship. It seems that a happy marriage is the one in which dishes are washed themselves. How prosaic and how real. This is not about the fact that it is one of the spouses without murmur and rebellion that  cleanes dishes (most often this was the role that formerly belonged to a woman - but I do not have to remind anyone about it). The quintessence of a good marriage lies in something else: dishes are washed at home when they are dirty. It does not matter who will do it, because everybody feels the obligation to take care of the house. There is no haggling, no arguments, no merit, no fight to evade this ungrateful duty. There is work to be done, so everyone who is in the relationship catches a sponge, a cloth and a liquid and just does the job. And everyone cares about the other side not working too much. Everyone cares for a fair division of work and effort so that no one is treated unjustly.
As in a good marriage, the same rules for cooperation apply to the wider community. There are also, as you can see, the same threats. The first of these is the shedding of responsibility for the result of cooperation on the other side, manifesting itself even by reluctance to make concessions. I know these excuses by heart: "why should I give way on the road?", "Let others give way, then I will do the same." A classic example of bargaining! A senseless struggle on which everyone loses. Since road conditions are difficult, since we all have the same goal to go somewhere, there should be a responsibility for what is happening on the road. It is not important that now I am giving up, that perhaps again next time I will have to go down to the cove and wait for my turn, even though I am in a very hurry. Because next time, it's someone else, and then someone else and one more who will let me go first and wait. On the road and in the marriage, it is thanks to the common goal and hidden in the pocket of egoism that you can achieve a lot. It is not humiliating anyone. A bit as if they were afraid that passing someone on the road would knock the crown of the king of the road off their heads. And the crown is after all an attribute of power. The inability to cooperate and the need to maintain an advantage over others go hand in hand. If it is more important for someone to decide, to command and to show power than to achieve a common goal, then there is no question of cooperation. If we are to achieve a common goal, then the question arises: how? And because, each of us is a thinking person, after all no one complains about insufficiency of mind, then everyone feels the need to answer the question: "how will we achieve cooperation". Maybe even everyone has their vision of cooperation. Perhaps even everyone wants to decide on the nature of cooperation (the one on the road, the one at the household dishcloth and any other). And here again, deep pockets will help, to which, along with previously mentioned egoism, we also hide the need for power.
I often watch my children during play. And that each of them has from time to time willingness to put others in order, not give in and selfishly order to everyone else. The result of such behavior is simple: usurper is (as the only one!) removed from playing together. The life lesson and the message from it is clear: you can not cooperate, you do not play with us!


Friday, I wish you a lot of fun, few dishes in the sink and kind drivers on the roads. And in life I wish you a lot of fruitful cooperation.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Fascinating power of acceptance

Rano wyszliśmy z mężem na kawę do naszej ulubionej, lokalnej kafejki. Nie było miejsc siedzących, zamówiliśmy kawę na wynos. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Idąc ulicami Sheffield, z kubkami gorącej, pachnącej kawy, w strugach deszczu, pod szarym, ciężkim niebem poczułam, że akceptuję to, co się właśnie dzieje. Leje na mnie woda, przemaka kurtka. I nie przeszkadza mi to. Nie psuje nastroju, nie spycha natrętnych myśli w stronę negatywnego narzekania, nie prowadzi do buntu, złości, bezradności.
Przez cały dzień rozmyślam o akceptacji. Rozumiem ją jako zgodę na wszystko co istnieje, począwszy od świata zewnętrznego, poprzez zgodę na innych ludzi i to, jacy są, a skończywszy na zgodzie na siebie samego, na własne uczucia. Myślę o akceptacji rzeczy, na które wpływu nie mamy, ale również tych, których autorami jesteśmy my sami. Akceptacja jest pochodną szczerości. Wynika z niej. Najpierw jestem szczera i prawdomówna wobec samej siebie. Przyznaję, że coś czuję, coś myślę, w jakiś sposób postępuję. Życie bez kłamstwa jest nie tylko prostsze, mniej skomplikowane. Przyznawanie się samemu sobie do ciężkich, trudnych, często nie chcianych uczuć jest wyzwalające, dające właściwie nieograniczoną wolność i poczucie siły. Dopiero potem przychodzi akceptacja. Nie tak od razu - powoli, leniwie. Pamiętam sytuację, w której koleżanka ze szkolnej ławy powiedziała mi, że mnie podziwia, że daję sobie radę z czwórką dzieci. Wyprowadziłam ją z błędu, przyznałam, że wcale nie daję sobie rady. Była zszokowana tym, że ośmieliłam się przyznać do własnej słabości i bezradności. W tamtym momencie życia potrafiłam się już nie tylko zdobyć na takie szczere wyznanie, ale również akceptowałam tą sytuację: zmęczenia, chaosu, zagubienia, nie radzenia sobie z obowiązkami i powinnościami. Akceptacja jest dla mnie punktem zero, początkiem. Dopiero zgadzając się na coś zaczynamy sobie z tym radzić. Zgadzając się na angielski deszcz uruchamiamy w sobie działanie. Do akcji wkracza kreator, pełen pomysłów i rozwiązań. Ok, leje non stop. Czy mogę zrobić coś, żeby ten dzień był miły? Co mogę zrobić? Gdzieś wyjść? Gdzie? Ubrać płaszcz, kalosze, zabrać parasol. A może wspólnie z rodziną coś ugotować? A może porysować? Oglądnąć film w domu? Kino jakieś?
A co ze wspomnianą sytuacją nieradzenia sobie z obowiązkami przy czwórce dzieci? Skoro akceptuję ją, to wiem, że zaraz przyjdą pomysły na ułatwienia. Nie pamiętam już dokładnie jakie one były, bo mówię o sytuacji sprzed kilku lat, ale jak widać coś wymyśliłam, bo do tej pory wszyscy żyjemy (ha, ha, ha!).
Wielu ludziom z trudem przychodzi akceptowanie własnych uczuć, szczególnie tych negatywnych, trudnych. Każdy ma jakiś słaby punkt, jeden nie znosi w sobie agresji, inny z całych sił wypiera zazdrość, jeszcze ktoś ucieka przed smutkiem, innemu sen z powiek spędza brak kontroli. I dopóki nie ma zgody w sobie samym na te uczucia, dopóty jest ucieczka, samookłamywanie, wypieranie, ignorowanie, obwinianie innych, złość na siebie lub świat. Upychanie po kątach własnej osobowości negatywnych uczuć, zamiast po prostu je przeżywać i akceptować, prowadzi nie tylko do życia mało satysfakcjonującego, ale też do utrwalenia się tego mechanizmu, który z wiekiem zaczyna budować charakter człowieka. I potem mamy starego, nieszczęśliwego, złego na cały świat, ponurego, zawistnego człowieka, którego nic już nie cieszy, którego nic już nie zadowala, który nie widzi w świecie stron pięknych i jasnych, takiego który tylko wszędzie i w każdym szuka potwierdzenia własnej smutnej i przerażającej wizji istnienia. Wszystko przed czym z całych sił starał się uciec, wszystko czego nie akceptował w sobie wróciło do niego z zewnątrz ze zdwojoną siłą.
Akceptacja nie oznacza dla mnie bierności. Jest to raczej spokojna zgoda. Przyznanie się. Zauważenie rzeczywistości taką jaka jest ( o ile to w ogóle możliwe?!). Potem przychodzi czas na działanie. A jeśli działanie jest niemożliwe, to jest to czas na zmianę w sobie, na zmianę podejścia, na zdystansowanie się, na przewartościowanie. Do głowy przychodzi mi teraz pewne polskie przysłowie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. Przecież jest to prosta kwintesencja akceptacji i zmiany priorytetów. Można coś polubić, dostrzec dobre, pozytywne strony, wyciągnąć dla siebie naukę. Ponoć na tym polega "ćwiczenie na szczęście" - doszukiwanie się pozytywów tam, gdzie ich na pierwszy rzut oka nie ma. Czytałam kiedyś o wspaniałym eksperymencie psychologicznym polegającym na tym, że grupa osób miała codziennie przed snem zapisywać kilka dobrych, pozytywnych wydarzeń z mijającego dnia. Eksperyment trwał trzy tygodnie. Jego efekty, w postaci poprawy ogólnego nastroju badanych, a nawet zaniku stanów depresyjnych (!) trwały przez kolejne pół roku. Czyż nie jest to fascynujące?

In the morning, we went with my husband for a coffee at our favorite local cafe. There were no free seats so we ordered coffee for take - away. In the meantime, it started to rain. Walking the streets of Sheffield, with cups of hot coffee, in the pouring rain, under a gray, heavy sky, I felt that I accept what is happening. Water pours on me, the jacket is fuzzy. And it does not bother me. It does not spoil the mood, does not push the intrusive thoughts towards negative complaints, does not lead to rebellion, anger, helplessness.

I am thinking about acceptance throughout the day. I understand it as a consent to everything that exists, starting from the outside world, by agreeing to other people and how they are, and ending with the consent to themselves, to their own feelings. I am thinking of accepting things that we do not have influence, but also those whose authors are ourselves. Acceptance is a derivative of sincerity. It follows from it. First, I'm honest and truthful to myself. I admit that I feel something, think something, act in some way. Living without a lie is not only simpler, less complicated. Admitting myself to the hard, difficult, often unwanted feelings is liberating, giving virtually unlimited freedom and a sense of strength. Only then comes acceptance. Not so immediately - slowly, lazily. I remember the situation in which a friend from the school bench who told me that she admires me that I manage four children. I led her out of the mistake, I admitted that I could not cope. She was shocked that I dared to admit my own weakness and helplessness. At that moment in my life I was able not only to get such a sincere confession, but also accepted this situation: tiredness, chaos, confusion, not dealing with duties. Acceptance is for me the zero point, the beginning. Only when we agree to something  we're starting to deal with it. By agreeing to the English rain, we start the action. A wizard comes in, full of ideas and solutions. Ok, it pours non-stop. Can I do something to make this day nice? What can I do? Somewhere to go out? Where? Wear a coat, wellies, take an umbrella. Or maybe cook something with my family? Or maybe scratch? Watch a movie at home? Cinema?
And what about the situation of not dealing with the duties of four children? When I accepted it, I knew that ideas will come soon. I do not remember exactly what they were, because I'm talking about a situation from a few years ago, but as you can see, I came up with something, because so far we are all alive (ha, ha, ha!).

Many people find it difficult to accept their own feelings, especially those negative, difficult ones. Everyone has a weak point, one does not tolerate aggression in himself, another one disavowals his own jealousy, someone else escapes from sadness, another one hates his own lack of control. And as long as there is no agreement in yourself about these feelings, there is escape, self-shattering, displacement, ignoring, blaming others, anger at yourself or the world. The deposition of negative feelings on the corners of one's own personality, instead of simply experiencing and accepting them, leads not only to a life that is not very satisfying, but also to the consolidation of this mechanism, which with age begins to build the human character. And then we have an old, unhappy, evil for the whole world, a gloomy, envious man who does not enjoy anything anymore, who does not see in the world the beautiful and bright sides, who seeks confirmation of his own sad and a terrifying vision of existence. Everything he tried to escape from, everything he did not accepted in himself returned to him from the outside world with redoubled strength.
Acceptance does not mean passivity for me. It is rather a peaceful agreement. Admission. Noticing reality as it is (if it is possible at all ?!). Then the time comes for action. And if the action is impossible, it is a time for a change in yourself, for a change of approach, for distancing yourself, for reevaluation. A Polish proverb comes to my mind now: if you do not have what you like, you like what you have. After all, it is a simple quintessence of acceptance and change of priorities. You can like something, see good, positive sides, learn for yourself. It seems to be the "happiness exercise" - the search for positives where they can not be noticed at first sight. I once read about a wonderful psychological experiment consisting in the fact that a group of people had to record several good, positive events from a passing day every day. The experiment lasted three weeks. Its effects, in the form of improving the general mood of the respondents, and even the disappearance of depressive states (!) lasted for another six months. Isn't it fascinating?

Liverpool


Od dłuższego czasu rozpisuję się tutaj na temat swojej fascynacji wsią i życiem wiejskim. Życiem bliskim natury, przyrody, tej całej wspaniałej roślinności i przestrzeni. Uwielbiam, gdy wzrok nie napotyka na przeszkody, na dzieła ręki ludzkiej, na jakiekolwiek ślady obecności człowieka na Ziemi. Gdy w kadrze widać jedynie to, co stworzone przez naturę. Naszą przeprowadzkę w nowe miejsce doświadczyłam mocniej jako przeprowadzkę do miasta ze wsi niż jako przeprowadzkę do innego kraju. Ciężko mi było przywyknąć do przewagi betonu i asfaltu, do przewagi aut, do ciasnej miejskiej zabudowy, dużej ilości ludzi, braku drzew, trawy i do odgłosów miejskich, które zastąpiły pianie kogutów i śpiew ptaków o poranku. Jednak gdzieś tam głęboko we mnie tkwi wielkomiejski potwór, który uwielbia klimat jaki tworzą duże ośrodki miejskie. Chodzenie (w butach na obcasach!) po sklepach i kawiarniach, plątanie się po muzeach i wystawach, ten cały błyszczący, pachnący i pełen jasnych neonów sztuczny świat. Kurcze, to też lubię!
W weekend odwiedziliśmy Liverpool. Miasto ma tak wiele do zaoferowania, że nie była to nasza ostatnia wycieczka tam. Spełniłam swoje marzenie i odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej Tate Gallery. Warhol, Kandinsky, Pissarro, Mondrian, Braque - widziałam ich dzieła na żywo!
Zdążyliśmy jeszcze wejść na godzinkę do Muzeum Niewolnictwa. Liverpool był jednym z głównych portów, w którym rozgrywał się dramat handlu ludźmi. Rozmawialiśmy z dziećmi na ten temat. Chcę, żeby wiedziały co się działo tutaj, w Ameryce i Afryce jeszcze tak niedawno. Chcę, żeby wiedziały jakie to wszystko ma podstawy i rodowód, że nic się nie dzieje bez przyczyny.

For a long time I am writing here about my fascination with the village and rural life. A life close to nature and all this wonderful space. I love it when the eye does not encounter obstacles and the works of the human hand or any traces of human presence on Earth. When only the things created by nature can be seen in the frame. I experienced our move to a new place more as a move to a city from a village than as a move to another country. It was hard for me to get used to the concrete and asphalt, to the car traffic, to tight urban housing, large numbers of people, lack of trees, grass and to the urban sounds, which replaced the crowing of cocks and the singing of birds in the morning. However, somewhere deep inside me there is a big city monster who loves the atmosphere created by large urban centers. Walking (in shoes with heels!) in shops and cafes, tangling in museums and exhibitions, this whole shiny, fragrant and full of bright neon lights, artificial world. Damn, I like it too!
We visited Liverpool on the weekend. The city has so much to offer that it was not our last trip there. I fulfilled my dream and visited the Tate Gallery contemporary art museum. Warhol, Kandinsky, Pissarro, Mondrian, Braque - I saw their works live!
We managed to come an hour to the Museum of Slavery. Liverpool was one of the major ports in which the drama of human trafficking was taking place. We talked with children about it. I want them to know what has been going on here and in America and Africa not so long ago. I want them to know that nothing happens without a reason.

























piątek, 30 listopada 2018

self - confidence

W swojej wędrówce po zagadnieniach związanych z funkcjonowaniem człowieka w świecie kilkakrotnie natrafiałam na tematykę asertywności. Nigdy jednak nie przeczytałam książki, która byłaby przewodnikiem i poradnikiem dotyczącym pewności siebie. Teraz mam taką książkę w ręce i czytając ją, co chwila mam ochotę krzyknąć: nie zgadzam się!

Nie będę się tutaj bawić w recenzowanie, bo ani się do tego nie nadaję, ani nie uważam tego bloga za właściwe miejsce ku temu. Chcę jedynie napisać kilka własnych spostrzeżeń dotyczących tej tematyki. 
We współczesnym świecie istnieją pewne zagadnienia, co do których większość ludzi jest zgodna. Na czele wartości, które przeważająca ilość rodziców uważa za ważne do wpojenia swoim dzieciom jest pewność siebie. Asertywność zrobiła tak przeogromną karierę, że właściwie nikomu by do głowy nie przyszło kwestionowanie jej. 
To takie ważne obecnie: być pewnym własnych sądów, być pewnym własnych czynów, być pewnym własnej racji w sporach, być pewnym własnej drogi. Być pewnym siebie! 
Znałam kiedyś małżeństwo, ale nie jako parę, raczej jako osobno jego, osobno ją. Przechodzili bardzo poważny kryzys. Każde z nich, osobno, szukało pocieszenia w zwierzaniu się mi z problemów w związku. Każde było bardzo pewne własnej racji w sporach. W monologach każdego z nich nie znajdywałam nawet cienia niepewności własnych racji, żadne z nich nawet przez chwilę nie zawahało się, nie zwątpiło w słuszność własnych sądów. Są razem do tej pory, kryzys zażegnali dopiero w momencie, w którym utracili niezachwianą asertywność, gdy zaczęli dopuszczać do głosu wątpliwości co do trafności własnych spostrzeżeń, osądów, obrazu świata. Pozbyli się owego mitycznego, tak bardzo obecnie gloryfikowanego "wiem lepiej!" na rzecz pokory: "może to ja nie mam racji, może się mylę, może nie jest tak, jak mi się wydaje?"
Ludzie uwielbiają mieć rację. Potrzeba ta jest tak silna, że do perfekcji opanowali sztukę samookłamywania się. Pomijają istotne fakty przeczące ich poglądom, z toku informacji wybierają jedynie te, które potwierdzają ich założenia, co więcej: faktom stojącym w zgodności z ich tokiem myślenia nadają większe znaczenie, inne umniejszając. Nie chcą być uświadamiani, nie lubią, gdy się im wskazuje ich pomyłki, błędy w rozumowaniu, gdy się im wręcz w toku logicznego myślenia i w obliczu faktów udowadnia, że się mylą. Historia ludzkości obfituje w przykłady, katastrofalne, takiej pewności siebie. Eufemistycznie nazywa się te dowody na brak pokory błędami. Ja bym nazwała taką asertywność bardziej dobitnie. Głupotą. Po prostu. 
Co zatem jest w owej wspaniałej pewności siebie, że tylu ludzi o niej marzy, że wydawane są książki pomagające ją zdobyć, że stoi ona na czele wartości rodzicielskich, których wpojenie własnym latoroślom wydaje się być tak ważne?
Czy pewność siebie pomaga przejść przez życie? Tak, myślę, że pomaga. Pomaga zdobyć władzę (popatrzcie tylko na tych pewnych siebie starszych panów i panie - polityków - jak oni niezmącenie wierzą we własne słowa!). Pomaga również zdobyć pieniądze. Pomaga też na rynku matrymonialnym.
A w czym przeszkadza? Moim zdaniem w ogólnie pojętym zdobywaniu mądrości życiowej. Mądrość życiowa to pokora. To ciągłe wątpienie, sprawdzanie, czy rzeczywistość jest taka jaką się wydaje. Mądrość jest poszukiwaniem. Odpowiedzi nie są oczywiste i dogmatyczne. Żeby przyjąć postawę życiową odkrywcy należy najpierw pokornie przyznać, że nie jest się pewnym. I po prostu taką niewiedzę, niepewność zaakceptować.
Zaakceptować brak pewności siebie.
Często pojęcie pewności siebie bywa mylone z poczuciem własnej wartości. I myślę, że w tym szczególe tkwi sedno sprawy. Pewność siebie i poczucie własnej wartości nie są tożsame! Każdy człowiek na świecie wchodząc w życie zasługuje na wysokie lub (jak to się ostatnio przyjęło mówić) dostatecznie wysokie poczucie własnej wartości. Jest nim wewnętrzna akceptacja dla siebie takiego jakim się jest. Z zaletami i wadami. Na poczucie własnej wartości nie musi się niczym zasłużyć, nie jest ono zależne ani od zamożności, ani od wyglądu, ani od wykształcenia. To taka miłość do siebie samego, akceptacja siebie samego i radość z tych kilku chwil życia, które każdy z nas ma przed sobą.
Myślę, że gdyby ludzie posiadali dostatecznie wysokie poczucie własnej wartości, to nie musieliby odgrywać pewności siebie. Nie potrzebna byłaby ta maska, która najczęściej skrywa zagubioną, niedowartościowaną, zakompleksioną i nie kochaną istotę. Nie powstawałyby również książki na temat tego jak udawać na zewnątrz coś, czego we wnętrzu brakuje.

A na koniec pokornie zapytam: może to ja się mylę?

In my travels on issues related to the functioning of people in the world, I came across the subject of assertiveness several times. However, I have never read a book that would be a guide on self-confidence. Now I have such a book in my hand and reading it, every now and then I want to shout: I disagree!

I will not review it because I am not suited for this, nor do I consider this blog to be the right place for it. I just want to write some of my own insights on this subject.

In the modern world there are some issues that most people agree on. At the forefront of the values ​​that an overwhelming number of parents consider important to instil in their children is self-confidence. Assertiveness has made such an enormous career that no one would even think of questioning it.

It is so important now: be sure of your own judgments, be sure of your own deeds, be sure of your own reasons in disputes, be sure of your own way. Be confident!

I once knew a marriage, but not as a couple, rather as apart, separately. They were going through a very serious crisis. Each of them, separately, sought consolation in confronting me with problems in their relationship. Each was very confident in his arguments. In the monologues of each of them I did not even find a shadow of uncertainty of their own reasons, none of them even for a moment hesitated, did not doubt their own judgments. They have been together so far, the crisis has been averted only at the moment when they lost unwavering assertiveness, when they began to allow doubts about the accuracy of their own observations, judgments, the image of the world. They got rid of this mythical "I know better now". for humbleness: "maybe I'm wrong, maybe it's not as it seems to me?"

People love to be right. This need is so strong that it mastered us in lying to ourselfs. People omit important facts contradicting their views, they choose only those that confirm their assumptions from the course of information, and what's more: facts that are in harmony with their way of thinking give more importance, diminishing other. People do not want to be made aware, they do not like it when they are shown their mistakes, mistakes in reasoning, when they are in the course of logical thinking and in the face of facts prove that they are wrong. The history of mankind is full of examples, catastrophic, such self-confidence. Euphemistically people call this lack of humbleness - mistakes. I would call such assertiveness more clearly. Stupidity. Just.

What is so special about that great confidence that so many people dream about it, that there are books that help acheve it, that it is at the forefront of parental values, which instilling in her own offspring seems so important?

Does self-confidence help you get through life? Yes, I think it helps. It helps to gain power (look only at those self-confident older gentlemen and ladies - politicians - how they unmistakably believe in their own words!). It also helps to get money. And helps on the matrimonial market too.
And what's bothering you? In my opinion, in the general understanding of acquiring life wisdom. The wisdom of life is humility. It's a constant doubt, checking if reality is what it seems. Wisdom is a search. Answers are not obvious and dogmatic. To accept the life of the discoverer, one must first humbly admit that nothing is for sure. And just accept such ignorance, uncertainty.

Accept lack of self-confidence.

Often, the concept of self-confidence is sometimes confused with self-esteem. And I think that this is the core of the matter. Confidence and self-esteem are not the same! Every man in the world, when he comes into life, deserves to be high or (as it has recently been said to say) sufficiently high self-esteem. It is an internal acceptance for oneself as it is. With advantages and disadvantages. For self-esteem, you do not have to deserve anything, it depends neither on wealth, nor on appearance or education. It is kind of love for yourself, acceptance of yourself and joy of those few moments of life that each of us has before us.

I think that if people had a sufficiently high self-esteem, they would not have to play self-confidence. You would not need this mask, which usually conceals a lost, undervalued and unloved being. There wouldn't exist a book about how to pretend something outside that is missing inside.

Finally, I will humbly ask: maybe I am wrong?

poniedziałek, 26 listopada 2018

ocean life

A little experience of ocean


Codzienną rutynę przerwaliśmy wycieczką do oceanarium w Hull. Tak jak przypuszczaliśmy wyjście było niezwykłym przeżyciem dla dzieci. Dla nas zresztą też. Zawsze przy okazji wyjazdów nad morze nachodzi mnie jedna refleksja: a może by to wszystko rzucić w cholerę, sprzedać cały mizerny dobytek i przenieść się nad ciepły ocean?
Jeśli kiedykolwiek zdarza mi się żałować, że nie jestem bogaczem, to właśnie w takich momentach.


We stopped our daily routine with a trip to the aquarium in Hull. As we predicted the trip was an extraordinary experience for children. For us, too. Whenever we go on a trip to the seaside I have one reflection: maybe we should throw it all in hell, sell all miserable belongings and move to the warm ocean? If I ever regret that I am not a rich man, it is at such times.















Współtwórcy