piątek, 29 marca 2013

Sobota?

Od rana mam wrazenie, ze jest sobota. Najpierw dwie kawki w tempie weekendowym, pogaduszkami dobilismy do pory obiadowej, a potem byl spacer w lesie - przyjemny, bo temperatura plusowa. Dzieci sie wyszalaly, spiewaly na cale gardlo, Nina przemoczyla buty i wrocilismy akurat na herbatke z herbatnikami. Piatek jak sobota!









czwartek, 28 marca 2013

Nuce: the wheels on the bus go...

Przejazdzka autobusowa byla wielka frajda. Romek gadal jak najety, a najbardziej dziwily go 2 rzeczy: dlaczego nie ma pasow w autobusie i dlaczego kierowca co chwile sie zatrzymuje i otwiera drzwi. Wyjasnilismy sobie tez slowo "przystanek" oraz przepracowalismy troche temat "czekanie na autobus" oraz "cierpliwosc trzylatka".
Ignacy cala droge przespal.

środa, 27 marca 2013

Jeszcze marcowo

Byla zima. I to nawet sniezna. Trwa do teraz, choc mnie to wcale nie cieszy - tesknie za wiosna. Nie pisze, bo wieczorami padam z nog i choc do pisania potrzebne raczej inne konczyny, to w moim przypadku jedynie poranki sa w miare tworcze. Dzis jest wyjatek, bo duza czesc dnia  odpoczywalam, a Ignasiem zajmowal sie tata, albo... hustawka. No i bylam na basenie z corkami - wymasowalam sie w jacuzzi, troche plecy mniej bola.
Co nowego? I duzo i malo. Rosniemy, rosniemy, rosniemy. Troche mniej spimy, wiecej czuwamy. My, to znaczy Ignas, ale ze towarzysze mu bardzo intensywnie w jego aktywnosciach, to mi sie tak podwojnie napisalo. Nocki bez zmian, pobudki co 2 godziny. A ja sie chyba oduczylam zycia ze spaniem - jakos mi to nie przeszkadza, ze spie w interwalach dwugodzinnych. Dziwne.
Jutro ostatni dzien szkoly - swieta i ferie zaraz. Ciesze sie bardzo! Bedzie gwarno, rodzinnie, wesolo. Dziewczyny odpoczna.
Zyjemy powrotem do Polski. To juz tak niedlugo. Czas obecny to juz takie wielkie i prawdziwe pozegnanie z Anglia. Mnostwo uczuc sie kotluje, mnostwo mysli. Wielkie pytanie: jak to sie stalo, ze spedzilismy tutaj 8 lat? JAK? Duzo podsumowan, takich "raportow koncowych"... Kawal zycia za nami, teraz czeka nowe, tak bardzo wytesknione. Postanowilismy, ze wracamy juz pod koniec czerwca. Chcemy jeszcze spedzic cale lato w Polsce, chcemy nacieszyc sie sloncem, cieplem, swiezymi owocami :-)
Dom juz sie remontuje, maluje. W maju Grzes leci kupic meble, poskladac je, zwiezc nasz dobytek sprzed emigracji, no i przede wszystkim zrobic dla mnie zdjecia domu, bo go jeszcze nie widzialam dobrze!
Cieszymy sie bardzo i tak nieprawdopodobnie niecierpliwimy! Jak widac marzenia sie spelniaja.
A jesli o marzeniach mowa: jutro spelni sie marzenie Romka - jedziemy na grupe AUTOBUSEM! Mlody z podekscytowania az skakal. To bedzie jego (chyba?) pierwszy raz w publicznych srodkach lokomocji.
To moze zdjec kilka, co?
Oto zima, w pelnej krasie, trwalo to krotko, bo temperatura okolo zera ciagle krazyla i topnialo na przemian z przymarzaniem.

 
A tu juz nowy usmiech Emilki. Babciu, ale dlaczego ty masz takie wielkie zeby?

 
Ha, niewiele widac, ale widac chyba najwazniejsze. Wiem, wiem, obiecywalam sobie, ze kolejnego dziecka nosic nie bede, ze plecy, ze kregoslup, zeby oszczedzac, ale... nie moge inaczej, nie potrafie i nie chce. Wiec nosze Ignasia w takim oto, supernosidle, zakochalam sie w nim od razu, wygodne nie do opisania.

 
No bo nasz maly Igi (ulubiona ksywka Emilki) uwielbia spac u mnie.

 
Zeby choc troche ksieciunia oszukac sprawilismy mu hustawke. Podoba sie:

 
A w weekend moj kochany maz rozpiescil mnie kulinarnie. Nie dosc, ze ugotowal barszcz, to jeszcze zrobil wypasione drugie, a na deser moje ukochane gofry z owocami i bita smietana.  

 
Mr. Trabka (ksywka taty) zdziwiony lekko wyglada tak:

 
Ksieciunio zezuje na zabawki:


                                                            Z rodzenstwem dzis:


 
 


sobota, 16 marca 2013

Aktywnie






Wszystko mnie po dzisiejszym dniu boli. Najpierw zaliczylismy dlugi spacer w lesie, a potem, na dokladke, wybralam sie na pierwsza od czasow sprzed ciazy wycieczke rowerowa. No i padam. No i jestem dotleniona. No i jestem przeszczesliwa. Jest mocne postanowienie czestszych wypadow, by sie tak solidnie zmeczyc.
Trojka najmlodszych dzieci juz od 19tej chrapie. Emilka jeszcze Harrego Pottera czyta - z racji bycia starszakiem dostala dodatkowa godzine.

środa, 13 marca 2013

Zmyslone

Romek wszedl w faze fantazjowania - calymi dniami wymysla "co mu sie snilo". Opowiada niestworzone historie, a pod koniec zawsze pyta "wiesz?" jakby chcial sprawdzic, czy sie mu wierzy, czy raczej nie.

wtorek, 12 marca 2013

Usmiech


Zdjecie po lewej: prawie 3-letni Romek z miesiecznym Ignasiem.
Zdjecie po prawej: 2,5-letnia Emilka z dwumiesieczna Ninka.
Deja vu?

Tak, jestem pewna, dzis po raz pierwszy Ignas sie do mnie usmiechnal. Trwalo to sekund kilka, ale i tak wystarczylo, bym uznala, ze jest to najslodszy usmiech swiata. Chce wiecej! Chce czesciej!

poniedziałek, 11 marca 2013

Misz - masz tresci i zdjec

Chyba wychodzimy z chorob! Ja wlasnie skonczylam antybiotyk, Grzes ma jeszcze tydzien brania peniciliny, ale juz goraczki nie ma, wiec dzis pracuje normalnie. Ignasia zarazilismy, przez co spedzilam w piatek 4 godziny w szpitalu czekajac na decyzje, czy go zostawiaja, czy do domu puszczaja. Stanelo na tym, ze jednak jedziemy do domu i dobrze, bo juz nastepnego dnia byla duza poprawa. Maluchy to jednak maja metabolizm zupelnie inny niz my i tak szybko sie czasem "zbieraja" z roznych chorob. Przy okazji dowiedzialam sie ile Ignas wazy (bo juz mu miesiac zycia stuknal i warto takie rzeczy sprawdzic przy okazji) - 4,600 kg.
Poza tym: ZIIIMNOOOOO. Strasznie, paskudnie, okropnie i ohydnie. Nie da sie z domu wyjsc. Dzis probowalismy z Romkiem spacerowac - po 30 minutach ucieklismy do domu. Wieje tak, ze glowe odrywa. Jakies sniegi prusza, jakies sople z dachu zwisaja. Co to jest?
Troche zdjec dzis dam. Wlasnie maly spi u mnie na rekach, wiec kaleko  to wszystko sie odbywa, ale jak sie go odklada, to drzemka skraca sie do 30 minut max. Jak spi u mnie, to moze nawet i 3 godziny chrapac bez zajakniecia. Nocki juz (po chorobach) duzo lepsze. Budzi sie 3 razy, wiec jak dla mnie, to po prostu fantastyczny wynik. Wiem, moze to dziwne, ale taka ilosc snu mi obecnie wystarcza. Chyba nauczylam sie juz zycia na "niewyspaniu" i narzekac nie moge.
Wiec oto rysunki dzieciakow. Dla Ninki zostalam supermama, potrafie latac, a w oczach mam gwiazdy, a wyglada to tak:


Romka interesuja inne rzeczy, rowniez latajace. Oto jego rakieta, uwielbiam ja!


 I na koniec Emilkowy ptaszek. To juz zupelnie inna "klasa" rysowania. Taka dojrzala. Tez jeden z moich ulubionych rysunkow z tego weekendu:


No i z racji tego, ze ja malutko zdjec robie i malo corek ostatnio na blogu, umieszczam ich podobizne wykonana przez Ninke:

 A tu juz Romek, dzis o poranku, gdy podziwialismy opady sniegu polaczone z wyjsciem slonca:


 A na sam koniec moje szycie, na pierwszy rzut bluzka z dzianiny, z wykroju z burdy:


Tutaj spodnica dla mnie, widac, ze bardziej jestem myslami w lecie niz w zimie... Oj, przyda sie, przyda tego lata! Bez wykroju szyta:


No i jeszcze jedna bluzka (po ciazy nic mi w szafie fajnego nie zostalo, a poza tym biust mam w rozmiarach gigantycznych, wiec stare bluzki nie nadaja sie do noszenia. No!)


 I rekawek od innej, letniej bluzki, ktora zle na wieszaku wyglada, wiec tylko ciekawy rekaw pokaze:

czwartek, 7 marca 2013

Rekord

Chyba pobilam rekord w dlugosci chorowania. W niedziele bylam juz zdrowa, tydzien zapowiadal sie aktywny i bardzo mily, a w poniedzialek znow powtorka z rozrywki. W srode skapitulowalam i poszlam do lekarza po antybiotyk. Kolejny tydzien w domu. Dobrze, ze chociaz tylko ja choruje, a reszta czuje sie dobrze. Ignas ma resztki kataru, ale ogolnie jest ok.

I kilka zdjec najnowszych. Dzieciaki w kolejki sie ustawiaja do trzymania na raczkach Ignasia. Kazdy chce choc chwilke przypilnowac malucha. Ninka mowi, ze chcialaby, zeby on byl jej przytulanka, bo jest taki milutki, cieplutki, delikatniutki.



Choc wiadomo, ze najczesciej Ignas spi u mnie:


A tu juz Romek w polarku uszytym przeze mnie pewnego wolnego wieczoru. Mam juz 2 zamowienia na podobne sweterki z polarkowymi kotkami, zgadnijcie od kogo?



No i proba generalna lezaczka. Ignas w nim "tonie", ale nawet, nawet podobalo mu sie na minut 5:


środa, 27 lutego 2013

Niby bez zmian - siedzimy w domu nadal - a jednak duzo nowosci. Po pierwsze, jestesmy do piatku w okrojonym skladzie: Emilka pojechala na pierwsza w swym zyciu wycieczke szkolna z nocowaniem. Wczoraj bylo wielkie podniecenie, pakowanie, ze koniecznie chce wziac latarke i ksiazke po polsku i ze nie ma pantofli (od kiedy ona chodzi w pantoflach?), a rano poszukiwanie opaski na wlosy i zdjecia nas wszystkich, gdyby tesknila za bardzo. Nie wiem jak ona, ale my wszyscy bardzo tesknimy - brakuje jej tutaj, jest jakos dziwnie, inaczej, pusto, cicho.
Kolejny, nadplanowy tydzien spedzony w domu w trakcie: Romek w niedziele zakatarzyl sie na amen, wczoraj byl juz Ignas chory, a dzis ja i Ninka. "Siedzimy" wiec w domu. Mnie juz cos trafia od tego "siedzenia" - najpierw koncowka ciazy, potem szpital, potem pierwsze tygodnie pologu, a teraz choroby. Nie lubie, nie lubie, nie lubie. Jak mam ochote, to tak, owszem. Ale jak musze, to raczej nie. Posiedzimy jeszcze troche, az odsiedzimy swoje. Ninka chyba pobije rekord szkolnych nieobecnosci - beda pewnie listy upominajace przysylac.
Z dobrych wiesci: zaczelam cwiczyc joge. Jestem dopiero 2 i pol tygodnia po porodzie, wiec sa to raczej takie zupelnie leciutenkie cwiczenia rozciagajace, takie mini mini cwiczonka. Cialo mam po ciazy w stanie galaretowatym - cos co kiedys nie sprawialo mi najmniejszych trudnosci teraz wykonuje postekujac z wysilku. Nic to, wazne, ze energia kosmiczna wrecz we mnie wstepuje po cwiczeniach. Czuje sie wysmienicie (jak zawsze zreszta po jodze), a mam prawo czuc sie fatalnie, bo Ignas z racji kataru nie sypia w nocy wcale (no bo pobudki co godzine, to jednak przesada, nawet jak na noworodka). Ja, jak latwo sie domyslic, rowniez nie sypiam wcale.
Tak wiec mozna powiedziec, ze powoli, powoli wracam do zycia. Wracam rowniez do szycia - juz prawie udalo mi sie skonczyc sukienke na lato - prosta, latwiutka do wykonania, tylko, ze to szycie obecnie, to troche ciezka sprawa, przerywane jest co chwila placzem Ignasia nawolujacego szwaczke, by dala cyca, by przewinela, utulila lub na rekach ponosila. Tak wiec szycie mocno utrudnione, ale powoli, powoli idzie suknia ku koncowi. W poniedzialek listonosz ma mi przyniesc sliczny metr polaru dla dzieci - chce chlopcom podobne polarki uszyc. Suknia musi byc do tego czasu na wieszaku, gotowa, czekajaca na lato. A lato ma byc (i raczej bedzie!) sloneczne, cieple, prawdziwe. Mysle o nim duzo i czesto, myslimy wszyscy, marzymy i cieszymy sie coraz odwazniej, coraz smielej, po raz pierwszy dowierzajac prognozom.

środa, 20 lutego 2013

Sprzedajemy


Wystawiamy dom na sprzedaz. Nie przez agencje. Oj, zeby sie sprzedalo szybko i sprawnie! Bedziemy wtedy wolni zupelnie.

wtorek, 19 lutego 2013

Szczescie

Siedze w ogrodku, slonce grzeje mnie i wszystko dookola. Jest fantastycznie cieplo. Z domu slychac burczenie pralki, dochodzi zapach gotujacego sie rosolu. Wszechogarniajacy spokoj, idealna harmonia. W ogrodzie spi Ignas w wozeczku - syty, zadowolony, malutki. Slychac golebie. Skubie solone pistacje. Jestem szczesliwa. W takich chwilach wiem, ze odnalazlam recepte na szczescie. Na swoje szczescie. To udane zycie rodzinne i zycie terazniejszoscia. Chwilo trwaj wiecznie :-) bos piekna. Zamykam oczy i delektuje sie zyciem.

poniedziałek, 18 lutego 2013

***

Pierwszy tydzien zycia Ignasia przespany. Pobudki jedynie na jedzenie, zmiane pieluchy i kapiel. Uwielbia tulenie do mamy z wzajemnoscia wielka. Chodzimy na spacery godzinne, bo pogoda nadal sliczna - sloneczko i dosyc cieplo jak na luty. Cala gromadke zabieram, dziewczyny na hulajnogach, Romek na rowerze po siedlowych chodnikach szusuja. Nie wybieram sie dalej nigdzie, bo jestem jeszcze za slaba na to. Ale za to w niedziele bylismy cala rodzina na kreglach i w kawiarni. I tak powoli sie to wszystko tutaj toczy.

piątek, 15 lutego 2013

Jeansy sprzed ciazy

Kazda kobieta, ktora ma za soba ciaze, wie co oznacza okreslenie "nakladac jeansy sprzed ciazy"... Wiec ja dzisiaj nalozylam swoje (najszersze, bo najszersze, ale jednak!) jeansy sprzed ciazy! Tralalala!!!
Kilogramow do zrzucenia zostalo jeszcze troche, ale to nic, ciesza mnie te jeansy bardzo.
No i bylismy (my - ja i Ignas) na pierwszym spacerku. Piekne sloneczko mielismy, ciepelko, wiec godzine maszerowalismy po okolicy. Fajnie bylo!

czwartek, 14 lutego 2013

Wspomnien troche

Witam, wyspana, ze az milo i nieprzyzwoicie jak na mame noworodka. Spalam dzis 12 godzin, z dwoma krotkimi pobudkami. Rety, swiat sie zrobil jaskrawokolorowy od tego i nawet slonce wyskoczylo przedpoludniowo. Dziewczyny w szkole, Grzes z Romkiem na plygrupie, Ignas spi - mam cisze w domu. Od jutra ferie tygodniowe, bedzie inaczej, gwarniej. Mialam pisac o porodzie. Bylo czekanie na lozko na izbie przyjec (4 dni nerwowy), potem czekalam na polozna od 14 do 20tej, czekalam na znieczulenie (od 14 do 23ciej), az wreszcie po 11 godzinach od "zakwaterowania" w sali porodowej podlaczyli mi obiecana oksytocyne (o pierwszej w nocy). Sam porod trwal krociutko (jak na porod), bo 4 godziny, bolu, jak juz pisalam, nie czulam prawie wcale (poza godzina, gdy znieczulenie przestawalo dzialac i potrzebny mi byl "top - up"). Najgorsze w tej calej hecy porodowej bylo czekanie, niepewnosc kiedy to sie odbedzie, czy bede miec zzo i same zabiegi okoloporodowe - welflony i dziura w kregoslupie, ktore mnie koszmarnie bolaly. Nie wiem dlaczego, ale te rurki w zylach, to przebijanie, celowanie, wpychanie odczulam jakos strasznie mocno i bolesnie. Pewnie ze zmeczenia, zniecierpliwienia i wykonczenia psychicznego. Doprawdy ciezko zachowac nastawienie bojowe i gotowosc do porodu przez 4 dni wyczekiwania. W kazdym razie jest juz po, w mojej glowie uklada sie to juz w calkiem spojny obraz, przyswajam to do wspomnien, porzadkuje i wyciagam lekcje zyciowe. Najwazniejsza z nich jest to, ze jednak bycie grzecznym i cierpliwym nie zawsze poplaca. Dopiero po powaznej rozmowie z jedna z poloznych zaczeto sie nami zajmowac i w przeciagu kilku godzin znalazlo sie dla mnie miejsce na porodowce. Nikogo nie zjechalismy, ale musielismy przeprowadzic bardzo aserywna rozmowe i przytoczyc argumenty pozaporodowe (miedzy innymi fakt, ze mamy 3 dzieci, ktorymi musimy sie zajac i nie mozemy juz czekac). Poskutkowalo. Pomoglo. A ja juz wiem, ze nie moge byc zawsze oaza spokoju... Ze trzeba czasem (kulturalnie, ale jednak) tupnac noga w swojej sprawie. Mysle rowniez o poloznych, ktore sie mna opiekowaly w trakcie calego pobytu w szpitalu. Ze jestem im wdzieczna, ze robily to sprawnie i z sercem. O tym tez mysle, ze porod to taka kobieca sprawa, ze w pewnej chwili w czasie rodzenia weszly do sali 3 ginekolozki, ze byly tez 2 polozne i ze sama ich obecnosc dodala mi mnostwo sil, optymizmu i takiego niesamowitego wsparcia. Wiedzialam, ze one wiedza co czuje i jak czuje. Jestem wdzieczna losowi, ze nie bylo tam faceta ginekologa. Nie wiem dlaczego, ale jakos by mi to przeszkadzalo. Na dzis to tyle.

Współtwórcy