sobota, 18 lutego 2012

4 dzien



















Caly dzien spedzilismy dzis na swiezym powietrzu. Dzieci wstaja o 6 rano i do osmej jestesmy juz po sniadaniu, kawach i zabawach. Znak, ze trzeba zmywac sie z domu, tym bardziej, ze slonce zacheca. Rano pojechalismy na poludnie do Sliema. Troche pospacerowalismy deptakiem wzdluz morza, zachaczylismy o plac zabaw i zjedlismy na miescie obiad. Potem wrocilismy do domu na krotki wypoczynek i poszlismy na plaze i lody w naszej wiosze.

piątek, 17 lutego 2012

3 dzien













Wczoraj mnie zmoglo, a liczba zdjec do obrobki dodatkowo zniechecila do pisania bloga. Dzis juz tez zmeczona jestem, a przed chwila wlasnie (ZLOSLIWIE!) zjadlo mi caly (BARDZO DLUGI) tekst, wiec bardzo krotko teraz:
-jest od dzis slonecznie i cieplutko (wczoraj wiatr glowy wyrywal)
-zwiedzamy wyspe; mialo byc stacjonarnie, ale jest bardzo w ruchu, autobusem wybralismy sie dzis na polnoc, na plaze piaszczysta, szukac muszelek dla taty
-potem pojechalismy do Cirkewwa popatrzyc na prom
-lody, obiad w domu i znow wycieczka, tym razem do St. Paul's Bay
-ludzie bardzo serdeczni, pomagaja mi na kazdym kroku
-Roman wzbudza powszechny zachwyt (blond glowke chce poglaskac kazda kobieta)
-wszyscy swietnie sie bawimy

Jak wroce to fotki w picase wrzuce, narazie kilka portretow, Pozno, spac sie chce.

środa, 15 lutego 2012

Malta








Ha, ha, witam z Malty! Mamy internet, a kochany tata pozyczyl swojego laptopa, wiec voila, pisze bloga. Moge, bo dzieci smacznie spia od 17:30!

Ale dzien, ile wrazen. Od poczatku zaczne, czyli od 4:30. Najpierw Grzes odwiozl nas na lotnisko do Leeds. Tak sie pospieszylismy, ze musielismy czekac na otwarcie odpraw. Po wszystkich formalnosciach mielismy jeszcze 2,5 godziny do wylotu. Czekalismy wiec w kawiarni, ogladalismy samoloty, a Romek co jakis czas wspominal, ze tata zostal i ze jemu (Romkowi) nie podoba sie to. Lotu, trwajacego 4 godziny troche sie balam. Zupelnie niepotrzebnie! Nina przespala cala podroz, Romek przespal polowe tego czasu, a Emilka najpierw dokonczyla ksiazke, a potem znalazla sobie kolezanke, z ktora do samego ladowania chichrala sie i doskonale bawila. Nie moglam siedziec ze wszystkimi dziecmi w jednym rzedzie (przez przepisy bezpieczenstwa), ale poza ta niemila niespodzianka caly lot przebiegl wrecz... nudnie. Jeszcze w UK zalatwilam dojazd z lotniska do miejsca, w ktorym nocujemy. Taksowkarz (gadula nie z tej ziemi) obwiozl mnie po "miescie" pokazujac co gdzie jest i opowiadajac tysiac historii i odpowiadajac na moich tysiac pytan.
Mieszkamy w mieszkaniu i jestesmy jedynymi goscmi w kamienicy. Oprocz nas totalna pustka, cisza glucha. Dzieci po spokojnej, fantastycznej podrozy zaczely w domu wydobywac energie zasiedziala przez pierwsza polowe dnia. Bardzo, bardzo spodobal im sie balkon (rzecz zupelnie nieznana w UK) i taras na dachu. Akurat zerwala sie ulewa, gdy wyszlismy na dach - dziewczyny tanczyly w cieplym deszczu. Nie wiem, czy byl on az tak cieply, ale fakt, jak dla nas jest tu calkiem przyjemnie. Chodzilismy dzis w samych bluzach od dresu, bo 12, czy 14 stopni, a do tego slonce, to jak dla nas wiosna pelna geba, chociaz musze przyznac, ze widzialam dzis kilkulatka w kurtce zimowej, czapce i kapuzie na glowie. I wcale sie nie gotowal z przegrzania. No, ale wg naszego taksiarza-gaduly dzis byl dzien chlodny i taki typowo zimowy... Hmm, jak dla kogo! Palmy i kaktusy co krok to jednak mily dla oka widok. A propos widokow: zdjec nie mam wielu, bo dzis sie nie dalo. Ale beda. Przeciez, procz wypoczynku, po to tu jestem, by pstrykac. Zmykam pod prysznic, potem herbatka zielona i tv sobie ogladne (bo z luksusow, to nawet national geographic mam). Do jutra wiec.

sobota, 11 lutego 2012

Luksus

Ze sie tak niecenzuralnie wyraze: coz to za luksus przepierniczyc kilka godzin z poranka. Nic nie robic, leniwie marnowac cenne minuty, olewac tysiac superwaznych obowiazkow domowych. To jest dla mnie obecnie najblizsza zyciu definicja luksusu!




(Zdjecia nie maja nic wspolnego z tematem)

niedziela, 5 lutego 2012

Balwany

Balwan ogrodowy, wypasiony:







O 9 rano bylismy juz na osiedlowej gorce. Balwan skromniejszy:






Przypomnialo mi sie jak bardzo lubie sporty zimowe. Za rok pokazemy dzieciom prawdziwa zime!

sobota, 4 lutego 2012

Co za atrakcje!

Przyjemnosci dzis az nadto (ojej, alez to durnie brzmi! Przyjemnosci przeciez nigdy w nadmiarze...) Najpierw tance, potem po obiecanym petshopie dla dziewczynek, a dla Romka dlugo wyczekiwane spelnienie marzen... czyli zelazko! Nareszcie wlasne, ukochane, a do tego z prawdziwa deska do prasowania. Romek moze sie oddawac swojemu ulbionemu zajeciu - prasowaniu. Oto on w akcji, przypatrzcie sie temu charakterystycznemu usmieszkowi pod noskiem, toz to szczyt zadowolenia i dumy naszego syna:



Potem tata wymyslil robienie kukielek. Tutaj w trakcie przyszywania:



I Ninka ze swoim kotem. Jutro ma byc teatr kukielkowy, trzymam za ich za slowo:



Nastepnie spojrzenie w gore:



I w dol:



Tak, tak dzis mamy zime. Sypie az milo. Od razu wykorzystalismy doroczna okazje i popedzilismy na ogrod pobawic sie. Byla bitwa na sniezki, lepienie balwana (nie udal sie....) oraz jazda na sankach. Tata wcielil sie wrole psa pociagowego i biegal po ogrodzie z dziecmi w sankach. Mnie tez raz przewiozl. Ja jego rowniez!
Bylo swietnie. Jutro ma stopniec, ale moze w Peak District sie utrzyma ta jednodniowa zima? Bedziemy polowac na nia. A teraz porcja zdjec:










Czasem ciezko wymyslic tytul



Przerazona pogodynka zapowiada w radiu, ze jest "very cold", co przy minus 2, 3 stopniach brzmi dla kazdego, zahartowanego w mrozach od malenkosci Polaka co najmniej smiesznie. Troche dzis post meteorologiczny, bo sprawdzam gdzie swieci, a gdzie mrozi. W Polsce fala rekordowych mrozow - zastanawia mnie jak to bedzie po powrocie z emigracji, gdy moim dzieciom przyjdzie funkcjonowac w takich warunkach: czy to polubia, jak dlugo beda sie aklimatyzowac? Z niecierpliwoscia coraz wieksza czekam tez wylotu na Malte i tego wyczekiwanego, UKOCHANEGO SLONCA! Prognozy optymistyczne: na ekranie komputera mnostwo wielkich, usmiechnietych sloneczek i temperatury miedzy 15 a 22 stopnie. Marzenie!!! Kupilam dziewczynkom plecaczki do samolotu. Mam chytry plan spakowania do nich duzej czesci ubran, niech same niosa swoje rzeczy! Kupilam kurtki przeciwdeszczowe, ale takie leciutkie, bez podpinek puchowo - polarowych. Bierzemy po 2 pary spodni, polar, bawelnianych bluzeczek zaledwie kilka. Wszystko dlatego, ze bede sama i w razie czego (odpukac!) bede musiala dac sobie rade z noszeniem tego wszystkiego rowniez sama. Tak wiec pakujemy sie troche jak na wakacje treckingowe (nigdy nie bylam na takich z prawdziwego zdarzenia, ale tak sobie wyobrazam, ze pakuje sie po parze majtek i szczoteczce do zebow).
Z moim zdrowiem tez juz znacznie lepiej. Teraz Grzeska kolej, zarazony.
U gory zdjecie z poranka. Emilka z nosem w ksiazce. Nie wiem, czy pisalam, ale mamy w domu prawdziwego mola ksiazkowego. Emilka wprost pozera ksiazki. Wszystko co mozna przeczytac (obojetne, czy po polsku, czy po angielsku) predzej czy pozniej trafia w jej rece. Jestem pod ogromnym wrazeniem!
Nina nasladuje siostre. Dzis rano miala miejsce zabawna sytuacja. Ninka przegladala ksiazeczke i opowiadala ja sobie po angielsku. Emilka zapytala sie:
-Co robisz Nina?
-Nie widzisz? Czytam ksiazke!
-Ale ta ksiazka jest PO POLSKU! Dlaczego czytasz po angielsku?
Malej odjelo mowe i tylko mruknela jakies niewyrazne "bo ja tak lubie"...

środa, 1 lutego 2012

Choroba jasna!

Wlasnie przyzywam najprzyjemniejsza czesc emigracyjnego zycia- chorowanie. Dziecmi zajac sie trzeba, dom ogarnac, ugotowac i przywiezc mlode ze szkoly, a ja sie ledwo na nogach trzymam. To raczej mnie by sie przydalo obiad podac, herbatke zaparzyc, dac odespac i... chorowac.
Wrrrr, a tu trzeba przez cala dobe na paracetamolu i kawie leciec, by do kapieli dzieciakow (czyli 19tej) jakos doczlapac. Babcie, dziadki, ciotki i wojkowie - where are you???

sobota, 28 stycznia 2012

Sikanie

nPEguq on Make A Gif, Animated Gifs

make animated gifs like this at MakeAGif



Romek przed kapiela podszedl do mnie i mowi "siiikuuu". Prowadzi mnie do kibelka, a tam czeka podstawiona pod toalete podstawka. Romek na nia wchodzi, ale nie umie usiasc na kibelku, potrzebuje mojej pomocy. Sciagam mu pieluche (sucha!) i sadzam go. A on, jak gdyby nigdy nic, robi siku do kibelka!
Nie wiem co o tym sadzic. Glupio by bylo przegapic ten moment, gdy dziecko samo chce i wie jak korzystac z toalety. Z drugiej strony, wydaje mi sie, ze on jeszcze za maly na odpieluszanie. Ma 23 miesiace. Dziewczyny mialy 2 i pol roku, gdy konczylismy pieluszki.
Jutro przyniesiemy nocniki z szopy. Jesli jest to jego czas, to zalapie o co chodzi. Jesli za wczesnie, to sie je schowa na 6 miesiecy i w lecie odpieluszy.

Krakow na zdjeciach stad

Wolna sobota. Ilez to ja mialam dzis zrobic! Czuje sie jakby czekal mnie jutro egzamin, a ja zamiast sie uczyc - obijala. Tyle planow, slonce, ciepelko (no takie wzgledne ciepelko, kilka stopni na plusie), na zdjecia mialam jechac, trzy rolki wypstrykac, cyfra kolejna setke machnac, a zamiast tego popijam herbate owocowa (co samo w sobie jest wedlug mojego meza oznaka starzenia sie, podobnie jak kazde inne tzw dbanie o siebie), zamiast obiadu ciastka i czipsy podjadam (co oznaka czegos innego jest, wg mnie) i lenie sie. I mysle i tesknie. Za Polska oczywiscie. Latam po forach i blogach, a tam zewszad sranie na Pl. Zaprosilabym tych wszystkich narzekaczy na kilkuletnia emigracje nauczyc pokory troche.
Natknelam sie przypadkowo na kamere nadajaca obraz na zywo z Krakowa. I - bedac w Sheffield, nie ruszajac sie wlasciwie sprzed komputera w swoim domu - zrobilam dzis kilka fotek Krakowowi! Alez mi sie ten pomysl spodobal!

Dokladnie taki widok mialam z okien sali, gdy chodzilam na wyklady na amerykanistyke:
Tutaj, obok czerwonego neonu, wprost z okienka sprzedaja kebaby, po ktorych strasznie zgaga pali:

Ehhh, no i wychodzimy z Brackiej. Bylismy wlasnie na kawusi i cieplej szarlotce (koniecznie z galka lodow smietankowych) w Prowincji. I jestesmy tacy rozgrzani, buchajacy cieplem (w czasach studenckich rowniez cuchnacy nikotyna) i idziemy na prawo do Empiku, albo na lewo na zajecia:
A ten widok tez pamietam. Bylismy z Grzesiem na weselu jego kolegi ze studiow w knajpie nad Jubilatem i na 100% stamtad wlasnie jest to zdjecie:


Bardzo duzo myslimy i dyskutujemy ostatnio o powrocie do Polski. Decyzja zapadla. A wlasciwie zapadla ona chyba zanim jeszcze tutaj wyemigrowalismy. Wracamy. Ostateczna date wyznaczylismy sobie na 2013 rok. Pozno tak (jedynie!) ze wzgledu na Romka, ktory powinien miec okolo 3 lat, zebym bez poczucia winy mogla go puscic do przedszkola. A samej pojsc do pracy. Nie ograniczamy sie do Krakowa. Wracamy do jakiegokolwiek miasta w Polsce, w ktorym znajdziemy dobra prace dla Grzeska i szanse na znalezienie takowej dla mnie. Czy bedzie to Warszawa, czy Trojmiasto, czy inne miejsce? Obojetne. Najwazniejsze, zeby byla to Polska. Ten 2013 rok to data ostateczna, bo tak naprawde juz teraz Grzesiek przeglada oferty pracy. I jak sie trafi cos konkretnego, to sie stad zmywamy wczesniej.

Współtwórcy