poniedziałek, 28 lipca 2008

Kregle, kaczki, tenis i fontanna

Bylo sportowo i bardzo aktywnie. Leniwa sobota nabrala tempa, gdy wybralismy sie do Endcliffa, by zblizyc nieco Nine z przyroda i pokazac jej kaczki oraz nauczyc szalenie waznej umiejetnosci, a mianowicie odtwarzania "kwa, kwa, kwa".

Przy okazji okazalo sie, ze przy ogrodku kawiarnianym jest troche atrakcji dla najmlodszych - miedzy innymi kregle, ktore moga sluzyc do grania, albo do... jedzenia:


Kaczki tez sie znalazly:

W ilosci dosyc sporej:

Ze smakiem zajadaly chleb tostowy i prosily o wiecej:

Ten portret zrobila nam Emi. Moim zdaniem jest bombowy: kadr idealny, ostrosc, glebia. Abstrahujac od tego, ze wspolczesne aparaty same robia zdjecia, mloda rwie sie do fotografii i widac, ze sprawia jej to ogromna frajde. Zaluje, ze nie mialam drugiego aparatu - widok malej Emi z ciezka lustrzana, ktora probuje utrzymac pionowo w gorze, byl po prostu wzruszajacy!

Emi: "Tato, musisz najpierw nacisnac ten przycisk!"




Niedziela byla pogodowo zupelnie taka jak w Polsce: lato sloneczne, cieple, ale nie upalne. Emi i Nina kapaly sie (jak zwykle) w fontannach:

Jak widac, nie byly w tym odosobnione, pol Sheffield sie zjechalo:

A pod wieczor poszlismy na tenisa. Dzieciaki dostaly swoj zestaw do gry (zdarzyly sie o poklocic o lotke i pileczke - chyba ktos bezdzietny/bezmyslny zapakowal w zestawie po jednej sztuce ww przedmiotow klotni). Rodzice natomiast mogli sobie pobiegac za pileczka z rakietka w rece ;-) Sport szalenie kondycyjny, godny polecenia, do wykonania z dziecmi - mlode na korcie szybko znalazly sobie zajecie, Emi biegala za pilkami, a Nina za siostra. Tak wiec kazdy za czyms/za kims biegal i bylo GIT.

Ps. A te kwiatki u gory, sa z okazji 8 rocznicy slubu Rodzicow, ktora to obchodzili w zeszlym tygodniu.

piątek, 25 lipca 2008

W domu

Pogodowe powitanie mielismy typowe - chlodne, deszczowe, wietrzyste. Szybko jednak przywyklismy, a nawet z pewna ulga wkladalismy cieple bluzy i dlugie spodnie. Wybralismy sie nawet w poszukiwaniu borowek do Peak District. Znalezlismy mnostwo pieknych krzaczkow, a na kazdym z nich po kilka owocow. Dzieci byly zadowolone, dla nich starczylo, choc uzbieranie pol szklanki owocow zajelo dosyc sporo czasu.


Tydzien uplynal nam w atmosferze radosci z posiadania wlasnego lozka, wygodnej sofy, czajnika elektrycznego, kibla i kilku innych wygod, ktorych pod namiotami brakuje. Dziewczyny z zapalem rzucily sie na zabawki, kredki, farbki:


A w ogrodzie znalezlismy juz calkiem sporej wielkosci jablka. Jablon co prawda schylila sie pod ciezarem owocow na strone sasiada, ale nie martwi to, bo nasi sasidzi sa, ale tak jakby ich nie bylo.


No i pod koniec tygodnia ocieplilo sie znacznie, wiec moglysmy sie ukulturalnic nieco na lonie natury - Nina ostatnio przejawia wielka milosc do ksiazek:




poniedziałek, 21 lipca 2008

A dziewczynki...

"Swiat zamiast zabawek" - kiedys zaslyszana maksyma dotyczaca wychowania dzieci sprawdzila sie na wyjezdzie w 100 procentach. Dziewczyny, podobnie do nas, chlonely nowa rzeczywistosc, obserwowaly, dotykaly, smakowaly, wachaly. Wszystko bylo nowe, wszystko ciekawe, inne i nalezalo to dokladnie zbadac. Woda w morzu zimna (Nina nawet piet nie chciala zanuzyc), ale tez slona (jakiez bylo jej zdziwienie, gdy dalam jej posmakowac kilka kropelek!), rozgrzane kamienie na plazy nie pozwalaly zrobic nawet paru krokow bez butow (pisk w tle), cykady graly wieczorem i w nocy (Emi kazala zrobic sobie wyklad na ich temat, po czym stwierdzila "cykady to fajna rzecz") - cale mnostwo nowych doswiadczen, wrazen i nauk, ktorych nie sposob ani spisac, ani spamietac. Emi i Ninka bardzo sie do siebie zblizyly, zaczely sie bawic ze soba (a nie jak to wczesniej bywalo, obok siebie), Emilka rozgadala sie na dobre, a Ninka rowniez wrocila z zasobem nowych slow; teraz w jej slowniku obok mama, tata, da(j), papa, znajduje sie rowniez "oko, ucho, auto" (moze nawet nie przypadkowo te slowa?).
Jesli chodzi o zagadnienia techniczne: upaly byly spore, dzieci to odczuwaly, ale cien i mnostwo napojow oraz soczystych owocow a takze klimatyzacja (!) pozwolily przetrwac najtrudniejsze pierwsze dni. Potem przyzwyczailismy sie wszyscy, a w nocy spalismy nawet pozawijani w spiwory!
Nina wrocila dodatkowo odmieniona: stala sie typowym histerycznym dwulatkiem (choc daleko jej do tego wieku), "terrible twos" mowia na jej rownolatkow Anglicy - cos w tym jest. Drze sie bez powodu, znaczy sie powod jest, na przyklad taki, ze rodzice nie odgaduja w minisekundzie jej zyczen i roszczen, albo taki, ze cos do czegos nie pasuje (powiedzmy na przyklad zakretka do gwinta). O wszystko to Nina robi awantury, wrzaski, piski i placze. I jest nie do uspokojenia. Tak wiec nadszedl ten czas i dobrze, ze jestesmy po wakacjach, wypoczeci i pelni sil oraz cierpliwosci.

piątek, 18 lipca 2008

Jestesmy!


Wrocilismy. To po pierwsze. Po drugie: zmeczeni szalenie. Po trzecie: szczesliwi! Za nami wielka przygoda, mnostwo niezapomnianych przezyc, widokow zapierajacych dech w piersiach, nowych doswiadczen oraz slonca pod dostatkiem. Zaczelo sie od obietnicy pilota, ktory lamana angielszczyzna obwiescil: " The sky in Granada is clear". A my oczami wyobrazni zobaczylismy to piekne, niebieskie, bezchmurne niebo.


Temperatury w czasie calego wyjazdu byly bardzo wysokie. Slonce grzalo na najwyzszym biegu, a my szukalismy bez przerwy cienia. Mimo tego opalilismy sie na mahon (z wyjatkiem dziewczynek rzecz jasna). Hiszpania okazala sie byc szalenie kolorowa. Domy, ulice, kwiaty, ludzie, ziemia - wszystko ma swoj kolor, wyrazisty, czysty, bez polcieni i niedomowien. Jak niebo, to granatowe, jak morze, to lazurowe, jak skaly, to pomaranczowe, jak domy, to snieznobiale. Przyzwyczajeni do szarzyzny angielskiej czulismy sie chwilami jak w wesolym miasteczku. Ludzie - temperamentni. Na ulicach kierowcy komunikuja sie klaksonem. Widac ruch i dynamike nie tylko na drodze, ale rowniez przy niej: "wszystko" sie buduje, rozbudowuje, powieksza, znac, ze zyje. Przyroda oszalamiajaca: wszystko jest wieksze, znacznie wieksze niz tu. Mrowki maja po dwa centymetry, zuczki okolo 5, szyszki w lesie znajdywalismy wielkosci sporego orzecha kokosowego. No i roslinnosc... Moj ulubiony dzial, choc ogrodniczka nie jestem: wszedzie jest mnostwo kaktusow zwisajacych ze zboczy skalnych, rosnacych na najmniejszym kawaleczku ziemi, grubosze na dziko oraz rzecz fantastyczna - fikusy wielkosci drzew. Ogromne fikusy. Te same, ktore z taka cierpliwoscia chodowalam w Polsce w doniczkach i cieszylam sie kazdym nowym listeczkiem, tam po prostu sobie rosna jako drzewa. W centrum miast drzewa mandarynkowe, z najprawdziwszymi, soczystymi, pomaranczowymi owocami, bezczelnie dyndajacymi nad glowami przechodniow. Bananowce bedace niezlym zrodlem cienia na kampingach i terenach dzikich. Oliwki, awokado, brzoskwinie... Wszystkiego pelno i pod dostatkiem. Objadalismy sie najslodszymi owocami pod sloncem, marzac by ich smak wziac ze soba do domu.


Przygoda (z niezlym dreszczykiem) rozpoczela sie tuz po wyladowaniu. Okazalo sie, ze auto, ktore wypozyczylismy nie moze przekroczyc granicy. Nasz plan "przelecenia" ekspresem Hiszpanii i dotarcia do Portugalii musial wiec ulec zmianie. Trzeba bylo zorganizowac te 2 tygodnie w Hiszpanii na nowo, na predce, bez przygotowania. Jedno bylo pewne: bedziemy nocowac na dziko. Ruszylismy wiec w strone morza. Tam spedzilismy najwiecej czasu, plazujac, nurkujac i cieszac sie wielka woda. Objechalismy pasmo gorskie Sierra Nevada. I zwiedzilismy Granade wraz z Alhambra. Program wielce okrojony. Pewnie mozna bylo wiecej, ale jak na nasz pierwszy raz pod namiotem, mysle, ze i tak sporo tego bylo.



Na noclegi szukalismy miejsc dzikich, z dala od ludzi, na terenie plaskim i - co nie bez znaczenia w tym klimacie - ocienionym. Okazalo sie to byc znacznie trudniejsze niz przypuszczalismy: znalezienie miejsc spelniajacych wyzej wymienione kryteria, w centrum turystycznym Costa del sol bylo szalenie karkolomnym zajeciem. Gory natomiast byly... gorami. Bez plaskich polek, na ktorych mozna by ustawic namiot lub wjechac samochodem. Czasem przemierzalismy mnostwo kilometrow w poszukiwaniu plaskiego terenu i nie znajdujac go musielismy zawracac. Gdy wiec udalo sie nam znalezc bezpieczne miejsce na biwak w dzikim gaju oliwnym postanowilismy zabawic tam dluzej.


Kolejna nielada trudnoscia okazalo sie zaopatrywanie naszego gospodarstwa w wode. Standardy higieny ulegly hmm... znacznemu obnizeniu - po kilku dniach przestaly przeszkadzac lekkie plamki na dzieciecych bluzeczkach, przykurzone sukienki tez nie stanowily juz takiego problemu. Sprawdzila sie jedna zasada: na wzorzystym widac najmniej. Nastepnym razem biore dzieciom wszystko w kwiatki, plamki, esy - floresy. Staralismy sie kapac dzieci codziennie. Prysznice na plazy (z zimna woda) doskonale sie do tego nadawaly, aczkolwiek mlodsza czesc naszej rodziny ma zapewne odmienne zdanie. Ninie kilka razy upieklo sie i zostala wykapana na obozowisku woda z butli nagrzana promieniami slonecznymi. Ubranka trzeba bylo prac w miare na biezaco. Schly w aucie. Sprawa posilkow okazala sie byc prostsza niz sadzilam: dzieciom jesc sie nie chcialo. Nina jadla co drugi dzien. Glownie owoce. Bardzo duzo pila. Nawet w nocy budzila sie na wielka flache soku. Emilka jadla troche lepiej, ale rowniez raz na dwa dni.


Nasze obawy zwiazane z robactwem okazaly sie byc jedynie obawami. Mimo poszukiwan nie udalo sie nam zobaczyc ani jednego, nedznego skorpiona. Strasza biednych turystow w przewodnikach. Wierzyc juz nie bede.
Po krotce to tyle (jutro napisze jeszcze slow kilka o tym, jak sie mialy na wyjezdzie dziewczynki).
Najwiecej widac na zdjeciach, do ktorych link jest tutaj:


http://picasaweb.google.com/demendecka/HiszpaniaNaDziko



A teraz marzymy o kolejnej wyprawie, planujemy odwazniej madrzejsi o doswiadczenia tego lipca.

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Pakujemy sie

Sprawdzalam wlasnie pogode w Granadzie. Wielkie, usmiechniete slonce, a do tego 37 stopni. No, w czwartek ma byc lekkie ochlodzenie i bedzie... 36 stopni. Nie do wiary, ze za chwil kilka przeniesiemy sie w inny swiat - z rozgrzanym piaskiem na plazy, blekitnym morzem, smietankowymi obloczkami.

To w srode nad ranem, a poki co:
PAKOWANIE. Jak to wszystko upchnac? Czy dziewczynkom brac buty pelne, czy tylko sandalki? Butle kupimy na miejscu, ale garnek bierzemy chyba ze soba? Czy para dlugich jeansow nie jest lekka przesada? itp, itp, itp...


Plan jest nastepujacy: z Liverpoolu samolotem do Granady. Tam mamy juz zarezerwowane auto, pakujemy wszystkie manatki i jedziemy zwiedzac Alhambre (http://pl.wikipedia.org/wiki/Alhambra ). Pierwszy nocleg pewie wypadnie gdzies na dziko na obrzezach parku narodowego Sierra Nevada. Potem jedziemy juz na zachod, wdluz wybrzeza (pewnie zatrzymujac sie w celu "poplazowania") i docieramy na Gibraltar (http://pl.wikipedia.org/wiki/Gibraltar ). Tam obowiazkowo chcemy pokazac dzieciom malpy oraz wybrac sie w rejs, by poogladac wieloryby, delfiny (i mam nadzieje, ze wzgledu na Emi - rekiny). Gdy sie nam juz uda to wszystko zobaczyc kierujemy sie do Portugalii w poszukiwaniu zacisznych miejsc z dala od masowej turystyki. Nie wierze, by udalo sie to osiagnac w Europie, ale probowac zawsze mozna, prawda? Z grubsza plan jest wlasnie taki. Uwzgledniono w nim rowniez czas na nurkowanie rodzicow i debiutujacej Emi - narazie dostala tylko maske i rurke. Na pletwy przyjdzie czas, gdy:
1. nauczy sie plywac
2. spodoba jej sie to w ogole, bo jak do tej pory cwiczyla jednie w basenie.

Czego sie obawiamy?
1. skorpionow
2. robactwa
3. jadowitych wezy
4. skorpionow
5. skorpionow

Zdjec przywieziemy mnostwo, aczkolwiek nie tyle ile Mama planowala. No nic, musze sie jakos w tych 500 fotkach wyrobic...

środa, 18 czerwca 2008

Nina nas rozumie a Emi jezdzi

To sa rzeczy nieslychane! Nina rozumie nas w bardzo, bardzo duzym stopniu. Jestem zaskoczona iloscia slow i zwrotow, ktore wylapuje z naszych rozmow. Czesto bawimy sie z nia w pokazywanie paluszkiem gdzie co jest. Ale nie tylko tak Ninka daje nam do zrozumienia, ze wie o czym mowa. Czesto po prostu wykonuje rzeczy, o ktore ja prosimy. Kilka dni temu powiedzialam do niej zdanie: "Ninka, musze Ci umyc buciki". Mala wziela swoje sandalki i pomaszerowala do lazienki, a nastepnie pokazala raczka umywalke. Sytuacja sama w sobie dosc wyjatkowa, bo nigdy wczesniej nie mylam jej bucikow, wiec nie bylo to dzialanie automatyczne, zgodne z jakas rutyna domowa. Ona po prostu zrozumiala co do niej mowie. Do dzis jestem zaskoczona, ale tez dumna z malej.


Gdy tylko nadarza sie okazja (i pogoda odpowiednia) wybieramy sie na rower. Emilka pokonala swa niechec do czterech kolek i smiga po parku az milo patrzec! Wielka role w przelamywaniu uprzedzen "kolarskich" odegralo przedszkole - Emi zobaczyla tam, ze dzieci chetnie jezdza na rowerkach w ogrodku, pocwiczyla kilka razy, nauczyla sie pedalowac, a nastepnie sama poprosila o wyjscie na rower. Trudno ja dogonic!

Nie mowiac juz nawet o zrobieniu ostrego zdjecia!


Prosze bardzo: kto sumiennie cwiczy, ten odnosi sukces! Gol w wykonaniu damskiej reprezentacji Polski. Prosze brac przyklad i w 2012 plamy nie dac!



poniedziałek, 16 czerwca 2008

Kwiaty dla Mamy

Codziennie, bez okazji, od corek.

niedziela, 15 czerwca 2008

"Zasiali gorale owies, owies..."


Po pierwsze nie zasiali, tylko zasadzili; po drugie nie gorale, tylko krakowiacy; po trzecie nie owies, a sosenki, dab i wrzosy. Co sie z tego przyjmie - zobaczymy. Sadzenie, dla samej przyjemnosci sadzenia sie odbywalo - nie wiadomo, czy za rok tutaj bedziemy, moze ktos inny bedzie oczy cieszyl rosnacymi drzewami... W kazdym razie zazielenilo sie na ogrodku, a dziewczyny mialy wielka frajde.

Emilka podziwia sosenke.

Ninka bawi sie grabkami taty.

Poza tym:

- Niny nie da sie nakarmic. Sama je wszystkie posilki. Jesli daje sobie z czyms rade, to chce to robic sama. Nie powiem, zeby mnie to martwilo, wrecz odwrotnie.

- Emilka zrobila wczoraj swoje pierwsze zakupy. Przez rok oszczedzala pieniadze w skarbonce i wczoraj przyszedl ten czas, ze ja rozbilismy. W sklepie wybrala 2 gry - domino i z "Fifi" (uklada sie ciastka na tacce, dopoki nie zleca).

- W domu mamy pirata:

czwartek, 12 czerwca 2008

Kultowy placek

Byla kiedys taka piosenka, chyba wszystkim dzieciom znana z telerankow i innych sobotek, tik - takow i list przebojow. Zaczynala sie od slow: "najlatwiejsze ciasto w swiecie, tak, tak, tak..."


Zupelnie przypadkowo (dzieki Opienku!) odkrylam kilka lat temu przepis na to ciasto. Jest to placek, ktory w zasadzie sam sie robi, wychodzi kazdemu i zawsze. Nie ma po prostu takiej opcji, zeby nie wyszedl!

Podaje przepis:
1 szklanka cukru
2 szklanki maki
1/2 szklanki mleka
1/2 szklanki oleju
2 jajka
1 lyzka proszku do pieczenia
owoce (moga byc takie truskawy jak na pierwszym na zdjeciu)


Jak?
Skladniki mieszamy, na wierzch kladziemy owoce i do pieca. Na ile? Na oko!


Dzis zrobilam w wersji najniebezpieczniejszej: w miseczkach na babeczki. Wyszla ilosc hurtowa: 20 sztuk. Po raz pierwszy zastanawiam sie, czy sie do czegos takiego przyznawac na blogu, czy nie... No, dobra, do tej pory (4 godziny po upieczeniu) zostaly z tego 4 sztuki. Od razu nadmienie jednak, ze nie tylko Mama palaszowala! Dzieciaki oraz Tate trzeba bylo sila z kuchni wypedzac.

Placek ( wersji babeczkowej) przygotowywala razem ze mna Emilka. Nina rowniez ochoczo chciala wlaczyc sie do pracy - poczestowalam ja truskawami; testowala, czy sie nadaja do wypieku. Gdy juz stwierdzila zgodnosc z najwyzszymi normami piekarniczymi, sprawdzala ich zgniatalnosc (crash test?), rozsmarowujac je na podlodze, na bluzce i spodniach - dobrze, ze miala dzis na sobie tylko roze - plam nie widac :-)

Technika pochlaniania wypieku jest prosta: najpierw owoce, potem reszta.

Smacznego!

Na koniec jedno, krotkie zastrzezenie: uprasza sie o niewchodzenie na wage. Rozmowy na temat zbednych kilogramow rowniez sa nie w tonie. Przynajmniej dopoki sezon na truskawki trwa.

wtorek, 10 czerwca 2008

cd poprzedniego posta



Mina mowi sama za siebie.



Emi bierze prysznic.


Przerwa na truskawki.

niedziela, 8 czerwca 2008

Lato w miescie


To jest to! Takie lato to ja rozumiem! Emi szaleje w fonatannach.

Nina bierze przyklad z siostry:

sobota, 7 czerwca 2008

Starsza siostra, mlodsza siostra

Przywilejem starszego rodzenstwa jest jedzenie swojej porcji lodow, a nastepnie bezczelne wyjadanie lodow mlodszej siostry, ktora z naiwnoscia daje sie z lodow obzerac...

wtorek, 3 czerwca 2008

Love is all around me

W domu zapanowala atmosfera rodem z brazylijskiej opery mydlanej. Po pierwsze eksplozja uczuc: Emilka calymi dniami powtarza, ze kocha. "Mamusiu, ja Ciebie kocham" - slysze co najmniej kilka razy dziennie. Staram sie nie pozostawac dluzna i rowniez wyznaje jej uczucie. Tak wiec u nas od rana do wieczora "kocham i kocham"... A po drugie: Nina nauczyla sie calowac. Robi dziubek z buzki i mowi dlugie "mmm", co znaczy po prostu "calujmy sie"! Zupelnie jak by sie dziewczyny umowily z tymi amorami! Pelna synchronizacja.

Pozostaly czas dziewczyny wykorzystuja rozmaicie. Nina na przyklad ciagle robi porzadki: przeklada ziemniaki do innej szafki (co za pasjonujace zajecie!), bez przerwy wynosi swoje ubranka do pokoju Emilki, grzebie w szafce lazienkowej i wrzuca do kapieli przybory toaletowe, a jak dorwie patyczki, to sobie w uszach grzebie. Poza tym wspina sie na sofe, a z niej na komputer, wklada palce w dvd, rzuca glosniczkami. Istne urwanie glowy. A na spacerach... zreszta zobaczcie sami:


Ta kropka, to ona.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Namiot i plany wakacyjne juz sa!

W weekend podjelismy ostateczna decyzje, co do wyjazdu wakacyjnego. Znane jest miejsce oraz termin - juz za miesiac wylot! W zwiazku z tym w sobote zaczelismy pierwsze przygotowania do wyprawy. Kupilismy spiwory oraz namiot. Rzecz zupelnie fantastyczna - namiot "samorozkladajacy sie" w 2 sekundy! Raz, dwa i juz jest. Bylismy nim oczarowani. Do momentu... az nie zechcielismy go zlozyc. Instrukcja obslugi na niewiele sie zdala, probujemy w jedna, w druga, w trzecia strone i sie nie da. Skapitulowalismy i weszlismy na strone producenta, gdzie znajduje sie filmik instruktazowy - widac wiecej bylo takich zawodnikow, ktorym skladanie namiotu nie szlo. Po tej lekcji zlozenie okazalo sie rownie proste, co rozlozenie i podtrzymuje swoja pierwotna opinie o tym rewolucyjnym produkcie - jest fantastyczny! I bardzo przydatny na takie eskapady, jakie planujemy w tym roku - objazdowka i noclegi na campingach, ewentualnie na dziko. Dziewczyny od razu zalapaly o co chodzi i bawily sie w namiocie oraz na nim (szczegolnie Emilce bardzo podobalo sie wlazenie NA namiot).




W niedziele natomiast milo spedzilismy czas na basenie - Emilka jak zwykle szalala w wodzie, nurkowala, podejmowala pierwsze proby plywania "stylem dowolnym", ktory polega mniej wiecej na tym, ze kazda konczyna macha w dowolnym kierunku, bez wyraznego ladu i skladu, ani pomyslu na calosc. Nina powoli rowiez przekonuje sie do wody - mysle, ze glownym czynnikiem zniechecajacym ja poprzednio byla zimna temperatura wody. Wczoraj wybralismy inny basen, z woda o niebo cieplejsza i mlodej podobalo sie - sama chodzila w brodziku (wrecz odpychala nasze rece, ktore chcialy podtrzymac ja nieco!), z radoscia skakala do wody i bawila sie babelkami z jacuzzi.


Zdjec weekendowych nie mam, bo mnie wena opuscila i aparatu do rak nie wzielam przez cale 2 dni. Sa za to fotki piatkowe z wypadu do ogrodu botanicznego, gdzie dziewczyny karmily wiewiorki i golebie oraz obrywaly co piekniejsze i rzadsze okazy roslin... Wyprawa bardzo sentymentalna dla mnie, bo jak dzis pamietam chwile sprzed dwoch lat, gdy w miejscu tym bywalam niemalze codziennie z roczna Emilka. Powrocily wspomnienia i refleksja mnie naszla, ze wyjazd, ktory mial byc na chwile stal sie calkiem dluga podroza. Ze tyle sie zmienilo przez te dwa lata i ze calkiem milo jest pokazywac te same miejsca kolejnemu dziecku... uzyskuje sie wtedy mile wrazenie ciaglosci.

Współtwórcy