piątek, 7 kwietnia 2017

Zbiorówka
















































































Rety, sama nie wiem, jak mi się udało przebrnąć przez tyle zdjęć i wybrać. Trochę niedowidzę na tych małych podglądach, więc wybierałam bardziej intuicyjnie i nie wiem, czy to te najlepsze fotki, szczególnie, jeśli chodzi o zdjęcia z Alp, ale dobrze, że są w ogóle.
Długo nie zaglądałam, bo było mi zbyt smutno i źle, żeby pisać. Dziś już chyba dam radę. I tak od razu z grubej rury: ktoś nam otruł wszystkie młode kotki. WSZYSTKIE: Czarnusię, Łatka i Rudka. Kotkę Psotkę trzymamy od tamtej pory uwięzioną w domu. Jak długo to potrwa nie wiem, może zawsze. Boimy się ją puścić na ogród. Domysłów kto i dlaczego to zrobił było mnóstwo. Sąsiad stracił kota, ponoć kilka domów dalej też 6 kotów ktoś otruł. Nie wiemy, czy były to zatrute myszy, na które koty zapolowały, czy może ktoś podrzucił jakieś jedzenie kocie z trutką... Nie wiemy dlaczego, skoro koty to takie pożyteczne zwierzęta. I co najważniejsze, ciężko się z tym wszystkim pogodzić. Ogród jest taki strasznie pusty. Mnie to się w ogóle przestało podobać to nasze Ochojno. Wydaje mi się takim miejscem wrogim, nieprzyjaznym.

Jak już pisałam: po drodze były ferie, były urodziny dzieci, trochę wiosny też. Dziewczyny grają na pianinie, chodzimy na wycieczki leśne, Romek uczy się pływać, ja maluję, wystawę na jesień organizuję, Grześ nowy program się uczy... czyli takie normalne życie się toczy.

wtorek, 21 lutego 2017

Luty jest do dupy

Czas pędzi, zegarek tyka, wydarzenia po sobie następują, zdjęcia się mnożą. Od dłuższego czasu nie mogę się zabrać za nic. Zwalam wszystko na przesilenie zimowo - wiosenne, chociaż w głębi duszy wiem, że to przemęczenie moje. Ciało daje o sobie znać chorobami ciągnącymi się łańcuchowo, ledwo z jednej wyjdę, zaraz w drugą wpadam. Po kilku dniach zdrowia, kolejna infekcja. Więc właściwie funkcjonuję w trybie rezerwowym: robię tylko to, co absolutnie konieczne. A blog i malowanie do takich nie należą, więc mam obecnie przerwę w tych aktywnościach. Liczę jednak, że pod koniec tego tygodnia uda mi się uporządkować zdjęcia, filmy i wspomnienia - wtedy powinien pojawić się post zbiorczy z lutego. Zresztą, luty zawsze był do dupy.

wtorek, 24 stycznia 2017

Skleroza

W ciągu dnia mam często tak, że myślę o blogu, o tym, co bym chciała napisać, o swoich przemyśleniach, spostrzeżeniach lub po prostu opiniach na jakiś temat, które chciałabym zawrzeć tutaj. Wieczorem siadam przed laptopem, otwieram bloga i... pustka, cisza głucha, nicość absolutna. Nie pamiętam o czym chciałam pisać, absolutnie niczego sobie nie przypominam z rzeczy, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydawały mi się tak bardzo ważne, lub śmieszne, lub tylko warte utrwalenia. I chyba dziś jest podobnie. Wytężając mózgownicę coś mi świta, że chciałam napisać o dniu babci i dziadka, o naszej wizycie weekendowej u seniorów, ale co to miało być dokładnie nie wiem. Wszystko to przywodzi mi na myśl Słonia Trąbalskiego z wiersza Tuwima, którym to tytułowym ssakiem miałabym być ja. Albo też podejrzewam u siebie sklerozę. Innym rozwiązaniem zagadki znikających wątków z mej głowy jest przeładowanie pamięci. TYLE trzeba pamiętać, że mi miejsca nie starcza na dysku.
Napiszę więc o czymś innym.
Emilka przeżywa ostatnio sporo sukcesów szkolnych. Przeszła do wojewódzkiego etapu olimpiady z angielskiego. Zdobywając 57 na 60 możliwych punktów. Pierwszy raz w historii szkoły zdarzyło się coś takiego.
Rozwija też swoją pasję filmowca. Oprócz tego, że kręci z Ninką filmy (horrory o duchach), to ostatnio dostała swoje pierwsze zlecenie filmowca. Nakręciła na 50-cio lecie szkoły film o szkole właśnie. Wszystko to oczywiście sama montuje na zaawansowanym programie. W szkole nikt  z kadry nauczycielskiej nie chciał wierzyć, że rodzice jej nie pomagali przy montowaniu filmu. A nikt jej nie pomagał. Co więcej, ani ja, ani Grześ nie pomagamy naszym dzieciom w szkole w niczym. Wynika to z naszej filozofii wychowawczej, czegoś co sobie głęboko przemyśleliśmy i co jest oparte na lekturze książek psychologicznych i wychowawczych. Wierzę, że wszelkie kłopoty z motywacją do nauki w szkole wynikają z czegoś, co nazywam "przejęciem inicjatywy przez rodziców". Czyli z pomagania dzieciom. Uważam, że większość dzieci jest w stanie gładko przejść przez szkołę i naukę. Uważam, że pomaganie dzieciom utwierdza je w przekonaniu, że oto trafiły na coś, z czym same nie dadzą sobie rady. Jest to wywoływaniem syndromu "wyuczonej bezradności". Widuję w Polsce mamy, które odrabiają za dzieci zadania w szkolnej szatni, które rysują szlaczki i literki w zeszytach pierwszaków. Potem ciągnie się to dalej przez kolejne klasy: rodzice rysują dzieciom prace na konkursy plastyczne, rodzice sprawdzają dzieciom zeszyty, pytają, czy jest zadanie domowe, znają terminy sprawdzianów i klasówek i w ogóle przejmują całą szkolną inicjatywę i odpowiedzialność z dziecka na siebie. Więc dziecko jak się ma zachować w tej sytuacji? Skoro jego oceny szkolne, wyniki nauczania i cały proces nauczania leży po stronie rodziców i nauczycieli, więc dzieci czują się z tego wszystkiego zwolnione. To wasz problem, wasz interes - myślą. A jeśli nawet tak nie myślą świadomie, to taki proces zachodzi w nich automatycznie niejako. Bo niestety tak jest w życiu, że nadmiar inicjatywy u jednej strony wywołuje apatię i bierność u drugiej strony. Nadaktywna żona rozleniwia męża. Szef z adhd ma zawsze ospałych podwładnych. To bardzo dobrze znany mechanizm z psychologii. Ale wracając do nauki w szkole: uważam, że każdy przechodzi proces nauki raz w życiu i że nasze dzieci też powinny go przejść same. Być za niego odpowiedzialne w 100 procentach. Ponosić konsekwencje własnych wyborów, błędów także i cieszyć z własnych sukcesów, które nie są "pracą zespołową" (razem z rodzicami po uszy zaangażowanymi w szlaczki i tabliczkę mnożenia), a wynikiem ich własnej pracy. I na koniec jeszcze tylko jedna refleksja: często ludzie się dziwią, że te moje dzieci tak dobrze sobie radzą. A ja jestem przekonana, że to się bierze właśnie z takiego sposobu wychowania. Moje dzieci nie mają żadnych lepszych genów, żadnych też lepszych witamin nie jedzą niż średnia krajowa. Po prostu: nauka to ich sprawa. Szkoła to ich sprawa. Ani ja, ani Grzesiek nie mieszamy im się w naukę. Owszem, płacimy za lekcje, jeśli chcą się dokształcać dodatkowo, owszem, wozimy na zajęcia, które same wybrały, owszem udostępniamy kamery, aparaty, komputery albo instrumenty muzyczne. Ale nigdy, przenigdy nie namawiamy do nauki, nie zmuszamy do nauki, nie odpytujemy z wyników w nauce, po prostu nie wtrącamy się im do ICH pracy i ich zajęcia. Tak było od samego początku, od pierwszych lat nauki w Anglii. I zdało to egzamin świetnie. Nawet w polskiej, jakże niedoskonałej szkole.

Współtwórcy