poniedziałek, 21 stycznia 2019

New blog address!!!


Nowy blog jest tutaj! New blog is here!



:-)

czwartek, 17 stycznia 2019

3:1 for happiness

Czy nauka o emocjach człowieka, o czymś tak nieuchwytnym jak natura ludzkich uczuć może mieścić się w ramach obliczeń matematycznych? Czy psychologia jest nauką humanistyczną, czy może w połączeniu z najnowszymi metodami badawczymi polegającymi na neuroobrazowaniu pracy mózgu staje się na naszych oczach dziedziną nauki ścisłą? Och, gdybym tylko mogła urodzić się jeszcze raz wiedziałabym dokładnie jaką dziedzinę wiedzy studiować! Dziś pozostaje mi jedynie hobbistyczne zagłębianie tajników działania pracy ludzkiego umysłu, czytanie dostępnych i zrozumiałych dla laików opracowań i książek z pogranicza psychologii, neurologii, socjologii i dziedzin pokrewnych. To nic. I tak mnie to cieszy, że dostęp do tego typu informacji jest obecnie szeroki.
Moim szczególnym zainteresowaniem cieszy się psychologia pozytywna, a więc taka, która (najogólniej rzecz ujmując) zajmuje się badaniem pojęcia szczęścia. Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie są zadowoleni z życia? Co wpływa na taki stan rzeczy? Czy istnieje recepta na szczęście? A jeśli tak, to jaka?
Zakres zagadnienia jest ogromny, nie sposób zająć się nim w jednym krótkim poście na blogu. Z pewnością będę wielokrotnie wracać do tej tematyki w tym roku pisania. Dziś chcę przestawić pokrótce niesamowite według mnie wyniki badań nad szczęściem, które mają wiele wspólnego z matematyką! Zafascynowały mnie rezultaty analiz przeprowadzonych przez psycholog Barbarę Fredrickson, która od lat postuluje konieczność poszukiwania sposobów na wzbogacenie naszego życia w pozytywne emocje. Z jej badań wynika, że abyśmy czuli się szczęśliwi, na każde negatywne uczucie w naszym życiu MUSZĄ przypadać trzy pozytywne. Mogą to być na przykład: zachwyt, współczucie, zadowolenie, wdzięczność, radość, nadzieja, miłość, pożądanie. Negatywne uczucia, o których mowa to między innymi: gniew, pogarda, obrzydzenie, wstyd, strach, smutek, zażenowanie. Badaczka udowodniła, że chcąc osiągnąć zadowolenie z życia wcale nie trzeba eliminować negatywnych uczuć (jest to, jak wiemy, niemożliwe), trzeba raczej starać się zwiększyć liczbę tych pozytywnych, by utrzymać odpowiednie proporcje, a więc trzy do jednego. I tyle! Krótkie, treściwe, logiczne jak cała matematyka świata. Prosto zapamiętać tą metodę, łatwo wdrożyć w życie mając na uwadze tylko zależność między tymi dwoma cyframi. Trzy do jednego dla szczęścia. Ciekawsze jeszcze wydaje się podążenie tym tropem i analiza kolejnych badań psychologicznych, na podstawie których naukowcy obliczyli coś, co nazwali "współczynnikiem pozytywności".Tworzy się go, dzieląc całkowitą liczbę uczuć pozytywnych przez sumę negatywnych. Co więcej, współczynnik pozytywności jest również receptą na udany związek. Doktor John Gottman badał naukowo relacje między partnerami. Po dokładnej analizie czynników wpływających na szczęście w małżeństwie doszedł do wniosku, że trwałość związku można przewidzieć na podstawie proporcji pozytywnych i negatywnych doświadczeń danej pary. Wydaje się, że idealną kombinacją jest pięć do jednego. Im mniej pozytywnych interakcji przypada na jedną negatywną, tym większe prawdopodobieństwo rozwodu.
I znów matematyka wkracza do umysłów. Warto o tym pamiętać, gdy w powietrzu wisi sprzeczka. Aby ją zneutralizować trzeba wspólnie przeżyć aż pięć miłych uczuć. Co oczywiście samo w sobie jest miłe, niemniej jednak warto dbać o właściwy współczynnik pozytywności i pamiętać o dwóch liczbach: pięć do jednego kochani! Dla miłości.

/Przy pisaniu tego wpisu korzystałam z książki "Między pesymizmem a optymizmem" Elaine Fox/




Is the study of human emotions, something as elusive as the nature of human feelings, fit into mathematical calculations? Is psychology a humanistic science, or maybe combined with the latest research methods based on the neuroimaging of brain work, it becomes an area of ​​exact science? Oh, if only I could be born again, I would know exactly what field of knowledge to study! Today, I am left with only a hobby of exploring the secrets of the work of the human mind, reading available and understandable studies and books from the borderline of psychology, neurology, sociology and related fields. That`s ok. It makes me happy anyway that access to this type of information is currently wide.
Positive psychology enjoys my special interest, which is one which (generally speaking) deals with the study of the concept of happiness. How is it that some people are happy with life? What affects this state of mind? Is there a recipe for happiness? And if so, what is it?
The scope of the issue is huge, it is impossible to deal with it in one short blog post. I will certainly come back to this subject many times this year. Today, I want to briefly review the results of research on happiness that have much in common with mathematics! I was fascinated by the results of analyzes carried out by the psychologist Barbara Fredrickson, who for years has been postulating the necessity of searching for ways to enrich our lives with positive emotions. Her research shows that for us to feel happy, there must be three positive feelings for each negative feeling in our lives. These can be, for example: admiration, compassion, contentment, gratitude, joy, hope, love, desire. The negative feelings mentioned are, among others: anger, contempt, disgust, shame, fear, sadness, embarrassment. The researcher proved that in order to achieve satisfaction with life, it is not necessary to eliminate negative feelings (this is, as we know, impossible), but rather try to increase the number of positive ones in order to maintain proper proportions, ie three to one. And that's it! Short, rich, logical like the whole mathematics of the world. It is easy to remember this method, it can be easily implemented with only the relationship between these two figures in mind. Three to one for happiness. It seems even more interesting to follow this path and to analyze subsequent psychological tests, on the basis of which the scientists have calculated what they called the "coefficient of positivity". It is created by dividing the total number of positive feelings by the sum of negative ones. What's more, the positivity factor is also a recipe for a successful relationship. Dr. John Gottman has researched scientifically the relationship between partners. After carefully analyzing the factors affecting happiness in marriage, he came to the conclusion that the durability of the relationship can be predicted on the basis of the proportion of positive and negative experiences of a given pair. It seems the ideal combination is five to one. The less positive interactions there is for one negative, the more likely you are to divorce.
Again mathematics enters the minds. It is worth remembering when there is an argument in the air. To neutralize it, you have to experience five nice feelings together. Which, of course, is nice in itself, but it's worth taking care of the right positivity and remembering two numbers: five to one dear! For love.

/ When writing this entry, I used the book "Between Pessimism and Optimism" by Elaine Fox /

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Emotional intimacy

Nie wiem, czy każdy ma w sobie coś, co potrafi go otrząsnąć z codzienności, wytrącić z zamartwiania się, przenieść w nieczas, gdzieś daleko stąd, nie tu i nie teraz. Dla mnie czymś, co uruchamia taki stan umysłu jest słuchanie śpiewu ptaków, a w szczególności gruchania gołębi.
Wróciliśmy z Polski, ze świąt, sylwestrów i nowych roków, z imprez, odwiedzin, spotkań, przyjaciół, znajomych i rodziny. Jechaliśmy te dwa tysiące kilometrów autem wyładowanym nieracjonalnym bagażem - bo przecież polskie jabłka smakują najlepiej - z zapasem farb akrylowych na kolejne sześć miesięcy malowania, z walizką polskich książek. Najcenniejsze bagaże nie ważyły jednak nic, miejsca nie zajmowały wcale. Najcenniejsze to bagaże doświadczeń. Wśród nich perełką było przeżycie bliskości emocjonalnej z grupą ludzi, która była mi bliska ponad dwadzieścia lat temu. Potem nasze ścieżki się rozeszły, każdy pobiegł do swojego życia, by przeżywać je jak najlepiej. Kilka lat temu znów zaczęliśmy się widywać przy okazji świąt i sylwestra. Kolacja, wino, wspomnienia, śmiechy, te same twarze. Zawsze miło, zawsze przyjacielsko. Teraz, w tym roku, poczułam od grupy (albo w grupie) masę pozytywnej energii, ogromne wsparcie i tą bliskość emocjonalną, którą nawiązuje się tylko z niektórymi i raczej bardzo rzadko. Jestem pewna, że każdy z nas czuł podobnie, bo w ciągu 10 dni spotkaliśmy się aż 3 razy, a rozejść się do domów nie było łatwo - nie wiadomo kiedy czas zleciał i rozstawaliśmy się o 3 nad ranem.
O świcie dobiegł mnie zza okna śpiew ptaków. Spotkania z przyjaciółmi z dawnych lat otrząsnęły mnie z codzienności. Tak jak gruchające gołębie.
Zazwyczaj, gdy myślimy o bliskości emocjonalnej, mamy przed oczyma obraz relacji, którą tworzymy z ludźmi bardzo bliskimi: z przyjaciółmi, rodziną, dziećmi, partnerem. Wydaje się to być naturalne, być może nawet oczywiste, bo płynące ze specyfiki owych więzi. Chciałoby się wręcz powiedzieć: tak powinno być. Relacje z osobami najbliższymi obciążone są oczekiwaniem takiej właśnie zażyłości. Oczekiwania mają jednak to do siebie, że mogą zostać zawiedzione.
Na spotkaniach z dalszym kręgiem znajomych, a czasami nawet spotkaniach z ludźmi, których się widzi po raz pierwszy w życiu, nie ciąży balast wymagań dotyczących bliskości emocjonalnej. Nikt nie wyobraża sobie po relacjach tego typu, że zaspokoją jego potrzebę bliskości. I właśnie dlatego moje około-świąteczne spotkania z grupą znajomych z dawnych lat tak bardzo mnie zaskoczyły.
Bliskość emocjonalną rozumiem jako świadomość, że w relacji z kimś możesz komuś zupełnie zaufać, powiedzieć wszystko, zwrócić się z każdą sprawą - niezależnie od tego, co akurat przechodzisz we własnym życiu. Otwierasz się przed tą osobą, bo czujesz się bezpiecznie. Czerpiesz przyjemność z łączącej was bliskości oraz świadomości, że ktoś widzi cię dokładnie takim jakim jesteś. Tego typu więź ma szansę zaistnieć tylko wtedy, gdy druga osoba chcę cię poznać naprawdę, a nie jedynie osądzać. Bardzo ważne jest zainteresowanie jakim drugi człowiek obdarza twoje uczucia. Jest on żywo i autentycznie zaangażowany w to, co akurat czujesz, chce cię wysłuchać, zrozumieć twoje przeżycia, decyzje, wybory, rozterki, twój tok rozumowania. W trakcie rozmowy z tobą nie "załatwia" własnych spraw, nie używa cię do własnych, psychologicznych celów: nie podnosi sobie poczucia własnej wartości wywyższając się ponad ciebie lub wartościując, nie poucza, nie traktuje protekcjonalnie. Gdy w kontakcie z drugim człowiekiem brakuje bliskości emocjonalnej czujesz pustkę, ogarnia cię poczucie samotności. Mimo, że rozmowa toczy się wartko czujesz, że odbijasz się jak od ściany z własnymi uczuciami, że mur, jakim otoczona jest ta druga osoba uniemożliwia prawdziwy, głęboki kontakt. Powierzchowność relacji przejawia się płytkim dialogiem, rozmowami mającymi zapełnić jedynie pustkę między wami. Czujesz, że otwartość emocjonalną, jaką ofiarowujesz drugiemu człowiekowi nie ma dla niego wartości, że twoje przemyślenia i przeżycia, ale chyba przede wszystkim uczucia są dla tej osoby po prostu nieważne. Unikanie bliskości emocjonalnej przejawiać się może na wiele sposobów: ktoś może ci jawnie okazywać, że nie słucha. Może ci przerywać, w trakcie mówienia zmieniając temat lub ochoczo wykrzykując "ja też tak mam", po czym gładko przechodzi do rozprawiania na swój temat ignorując fakt, że pozostawił cię z urwanym w pół słowa tokiem myślenia. Ludzie, którzy nie potrafią, lub nie chcą nawiązać bliskości emocjonalnej otaczają się grubym murem: nie dopuszczają do tego, by rozmowa zeszła na temat twoich emocji, często (choć nie zawsze!) emocji trudnych, niemiłych, złożonych, ciężkich, ambiwalentnych. Nie są też chętni do rozmowy na temat ich własnych uczuć.
Poczucie bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem nie musi się nawiązywać poprzez roztrząsanie jedynie kwestii emocjonalnych, poprzez rozmowę stricte o uczuciach. Nie w tym rzecz! Można prowadzić dialog o czymkolwiek, o przysłowiowej pogodzie i czuć, że oto jestem z kimś kto chce ze mną być na prawdę, kogo interesuje, kto słucha i stara się zrozumieć, kto chce być blisko.
Zawsze przy tego typu rozważaniach na temat natury ludzkiej rodzi się we mnie chęć znalezienia odpowiedzi na pytanie skąd się to bierze, dlaczego niektórzy ludzie nie nawiązują bliskości emocjonalnej, dlaczego jej aktywnie unikają. Wydaje mi się, że głównym powodem może być w tym przypadku niedojrzałość emocjonalna wynikająca ze strachu przed uczuciami i przed bliskością. Człowiek świadomy własnych stanów emocjonalnych, człowiek znający samego siebie, człowiek akceptujący w sobie każde uczucie nie boi się bliskości. Osoba dojrzała emocjonalnie czuje się bezpiecznie i ufa, zarówno sobie, jak i innym. Z dojrzałości emocjonalnej płynie ogromna siła. Moc człowieka, który jest dojrzały polega też na tym, że akceptuje on fakt istnienia relacji płytkich i powierzchownych, byle jakich. Rozumie, że z niektórymi osobami nigdy nie nawiąże relacji bliskich, że spotkania z nimi zawsze będę jedynie kurtuazyjną wymianą uwag na tematy poboczne, że zamiast rozmowy toczyć się będą dwa, oddzielne monologi, że spotkania takie będą w nim pozostawiać poczucie pustki, samotności, niedosytu, braku, smutku.





I do not know if everyone has something in them that can shake him out of everyday life, get out of worrying, move in a moment, somewhere far away, not here and now. For me, something that triggers this state of mind is listening to birds singing, and in particular cooing pigeons.

We came back from Poland, from holidays, New Year's Eve, from events, visits, meetings, friends, acquaintances and family. We traveled these two thousand kilometers by car unloaded with unreasonable luggage - because Polish apples taste best - with a supply of acrylic paints for the next six months of painting, with a suitcase of Polish books. However, the most valuable luggage did not weigh anything, did not occupy any place at all. The most valuable is the baggage of experience. Among them, the pearl was the survival of emotional closeness with a group of people who was close to me more than twenty years ago. Then our paths diverged, everyone ran to their lives to experience them as well as possible. A few years ago, we began to see each other again on the occasion of Christmas and New Year's Eve. Dinner, wine, memories, laughter, the same faces. Always nice, always friendly. Now, this year, I felt a lot of positive energy from the group (or in a group), huge support and emotional closeness, which can be associated only with some people and rather very rarely. I am sure that each of us felt similarly, because in 10 days we met up three times, and it was not easy to go to the home - we didn't even realized when time went by and it was 3 AM.
At dawn, I heard birds singing from behind the window. Meetings with friends from the old days brought me back from everyday life. Just like pigeons cooing.

Usually, when we think about emotional closeness, we have the image of a relationship that we create with very close people: with friends, family, children, and a partner. It seems to be natural, perhaps even obvious, because of the specificity of these bonds. One would even like to say: it should be this way. Relations with loved ones are burdened with the expectation of such familiarity. The expectations, however, are to the point that they can be disappointed.

In meetings with further circles of friends, and sometimes even meetings with people you see for the first time in your life, you do not have to worry about emotional proximity requirements. No one can imagine this type of relationship that will satisfy his need for closeness. And that is why my christmas meetings with a group of friends from the old days surprised me so much.

I understand emotional proximity as being aware that in a relationship with someone you can completely trust someone, say everything, turn to every matter - regardless of what happens in your own life. You open yourself to this person because you feel safe. You take pleasure in the closeness that connects you and the awareness that someone sees you exactly as you are. This type of bond has a chance to exist only when the other person wants to get to know you really, not just judge you. It is very important to be interested in what the other person gives you. He is lively and genuinely involved in what you are feeling, wants to listen to you, understand your experiences, decisions, choices, dilemmas, your reasoning. During the conversation with you, he does not "take care" of his own affairs, he does not use you for his own psychological purposes: he does not raise his self-esteem by exalting himself above or appreciating, he does not teach, he does not patronize. If you feel emptiness in contact with another human being, you feel a sense of loneliness. Although the conversation goes on you feel that you are bouncing off the wall with your own feelings, that the wall surrounded by the other person prevents real, deep contact. The surface of the relationship manifests itself in a shallow dialogue, conversations that only fill the emptiness between you.
You feel that the emotional openness that you offer to another man has no value for him, that your thoughts and experiences, but probably first and foremost feelings are simply irrelevant to that person. Avoidance of emotional closeness can be manifested in many ways: someone can show you clearly that he is not listening. He may interrupt you while speaking, changing the subject or eagerly shouting "I also have it," and then smoothly goes on to discuss it, ignoring the fact that he left you with a half-word of thought. People who can not or do not want to establish emotional closeness surround themselves with a thick wall: they do not allow the conversation to go down on your emotions, often (but not always!) emotions that are difficult, unpleasant, complex, heavy, ambivalent. They are also not willing to talk about their own feelings.

The feeling of emotional closeness with another person does not have to come about by discussing only emotional issues, by talking strictly about feelings. It's not the point! You can have a dialogue about anything, you can have a small talk about weather and feel that here I am with someone who wants to be with me, who is interested, who listens and tries to understand who wants to be close.

Always with this type of consideration on the subject of human nature, I am eager to find the answer to the question where it comes from, why some people do not establish emotional closeness, why they are actively avoiding it. It seems to me that the main reason may be in this case emotional immaturity resulting from fear of feelings and closeness. A man aware of his own emotional states, a man who knows himself, a man accepting in himself any feeling is not afraid of closeness. An adult who is emotionally mature feels safe and trusts, both himself and others. Emotional strength flows enormously. The power of a mature man is also based on the fact that he accepts the existence of shallow and superficial relations. He understands that with some people he will never relate to close relates, that meeting them will always be only a courtesy exchange of remarks on side subjects, that instead of conversation there will be two separate monologues, that such meetings will leave him feeling empty, lonely, unsatisfied, lack, sadness.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

New Years' resolutions

Kilka razy do roku weryfikuję swoje życie, robię przegląd celów i osiągnięć, spowiadam się samej sobie z porażek. Koniec grudnia, mimo zabiegania świątecznego jest dla mnie momentem, w którym odczuwam na plecach, silniej niż kiedykolwiek, oddech roku poprzedniego. Już za chwilę 2018 przejdzie do historii.


Spisywanie planów na kolejny rok zostało doszczętnie skompromitowane. Cynicy wyśmiali je jako niedorzeczne, niedojrzałe i bezcelowe. Już w lutym, w politowaniem pytają: jak tam twoje plany? Rzuciłeś palenie? Nadal się odchudzasz, biegasz, chodzisz na siłownię, nie jesz mięsa? I dziś, gdy kończy się 2018 chcę im odpowiedzieć: tak, nadal trzymam się swojego postanowienia, nadal idę zgodnie z planem, konsekwentnie go realizuję. Co więcej, mam zamiar podzielić się swoim sukcesem i gorąco zachęcić ludzi wiary, że warto robić plany, podpowiem jak je realizować i trzymać się ich z żelazną konsekwencją, choćby cel był długoterminowy, obciążony żmudną, ciężką i często (tak, tak!) bardzo nudną pracą.
Uważam, że plany warto robić. Plany jako jasne, konkretne, mierzalne cele. W moim przypadku są to jednak plany mało szczegółowe, niedopracowane co do najdrobniejszego szczegółu. Wyjaśnię może na przykładzie o co mi w tym chaotycznym myśleniu chodzi. Planuję wakacje. Planuję, że pojadę pod namioty na Korsykę, na 10 dni, że nocować będę na różnych kempingach i że wynajmę auto na lotnisku. I tyle. To jest ten mój plan. Zauważ, że nie ma w nim ani wypisanych miejsc, w których będę nocować, ani nawet trasa mojej mini podróży nie jest znana. To, jaką drogą pojadę, gdzie spędzę dzień, a gdzie trzy inne pozostawiam życiu, spontanicznym decyzjom, ufam swojej elastyczności i możliwości dostosowywania się do zmieniających się okoliczności i moich własnych zachcianek. W taki sposób rozumiem również planowanie celów życiowych na kolejny rok.
Chcę Wam teraz pokazać, jak ten sposób myślenia, planowania i postępowania doprowadził mnie do realizacji jednego z moich celów na 2018 rok. W styczniu trafiłam na fantastyczną, inspirującą i nieprawdopodobnie ciekawą biografię Tonego Halika "Tu byłem" autorstwa Mirosława Wlekłego. Połknęłam ją w trzy dni, przerywając czytanie jedynie na kilka chwil refleksji dotyczących mojego życia. Historia polskiego podróżnika uświadomiła mi moją małość. W trakcie lektury łapałam się co chwila za głowę z bolącym pytaniem: co ja właściwie wyrabiam z własnym życiem? Jego skończoność, przemijalność czasu, jaki został mi przypadkowo podarowany na ziemi, ale przede wszystkim własna śmiertelność obudziły we mnie ogromną siłę i poczucie odpowiedzialności za własne życie. Zobaczyłam swoje życiowe cele w jaskrawym świetle. Nie było to przyjemne. Uświadomiłam sobie, że gdzieś w codziennym zabieganiu zgubiłam ambicje. Że to, do czego dążę jest dużo poniżej moich możliwości. Co więcej, że nawet boję się marzyć. Boję, by samej siebie nie zawieść, by nie borykać się z porażką, która w moim przypadku tak często nosi miano zaniechania. Zostawiam, odpuszczam, olewam, nie kończę. Nie jestem nawet na tyle silna, by sprawdzić, czy moje własne plany mają szansę się powieść, bo ich po prostu nie doprowadzam do finału. Od świata nie otrzymuję żadnej informacji zwrotnej, czy to, co robię jest dobre, mądre, wartościowe. Wiele było tego typu przemyśleń tamtego stycznia. I były to gorzkie refleksje. Zamknęłam książkę i powiedziałam sobie: koniec! Koniec z przesypianiem własnego życia. Wstyd, jaki mnie ogarnął popchnął mnie do działania. Wyznaczyłam sobie cel, moim zdaniem, bardzo ambitny. Obiecałam sobie, że nauczę się nowego języka obcego. Bez wahania padło na język hiszpański. Przyznaję, że prawdopodobnie było to spowodowane niedawną lekturą - w myślach podążałam śladami Tonego Halika po Ameryce Południowej. Ciężko jednak było iść jego tropem nie znając hiszpańskiego, więc postanowiłam, że w swojej sytuacji życiowej, jedyne, co mogę na razie zrobić z rzeczy bardzo konkretnych a przybliżających mnie do wymarzonych podróży, to zacząć się uczyć języka hiszpańskiego. Proces nauki języka obcego przechodziłam już 2 razy. Wiem, jak ciężka jest to praca. Znam też realistyczne ramy czasowe, w których można umieścić finalizację tego celu. Nie jest to 6 miesięcy. Dużo dłużej. Zaczynając naukę wiedziałam jedno: tylko i wyłącznie codzienna praca przyniesie efekt. 365 dni nauki w ciągu roku. Absolutnie każdy dzień z 2018 roku się liczy. Realistycznie wyznaczyłam sobie systematyczność jako tą jedną niezmienną, którą będę się kierować w trakcie nauki. Powiedziałam sobie: "Dorota, cokolwiek by się działo w twoim życiu w tym roku, MUSISZ CODZIENNIE uczyć się hiszpańskiego." Te dwa słowa: "musisz" i "codziennie" były moim motorem do działania. To wszystko nie powiodłoby się prawdopodobnie bez jednej rzeczy: metody nauki, a właściwie narzędzia, któremu w 100 procentach zaufałam. Znajoma poleciła mi aplikację na telefon, która była i nadal jest moim jedynym nauczycielem. Aplikacja ta nazywa się duolingo. Przyznaję, że nie wiem, jak wypada ona na tle innych tego typu aplikacji, nie szukałam, nie porównywałam, nie sprawdzałam, nie googlowałam. Zaufałam. To była moja  pierwsza przygoda w życiu z nauką języka obcego w "nowoczesny" sposób: bez podręcznika, zeszytu ćwiczeń, słownika, kursu językowego, lektora, kartki i długopisu. Byłam tylko ja i telefon. Telefon, który przecież i tak ciągle towarzyszy mi w życiu. A skoro jest tak często obecny, to dlaczego nie wykorzystać go pożytecznie do tak ambitnego celu jak nauka języka obcego? Wiem, że brzmię teraz jak analogowy dziad z końcówki dwudziestego wieku... Cóż, chyba nim jestem, bo moje poprzedni doświadczenia z nauką języka obcego były bardzo tradycyjne: ławka, tablica, kreda, lekcja, słownik (taka książka papierowa, nie ten internetowy), no i co ja wam będę pisać dalej, przecież sami wiecie, jak to się kiedyś robiło. Moim zdaniem gorzej, dużo gorzej, dużo trudniej. Nauka z duolingo polega na tym, że codziennie musisz wykonać swój "dzienny cel" (daily goal), który sam sobie na początku nauki ustalasz. W moim przypadku był to najwyższy z możliwych celów, czyli 4 zestawy testów językowych. W każdym z takich zestawów jest około (nie liczyłam, szacuję!) 12 - 15 ćwiczeń. Od razu zapewniam: wykonanie "dziennego celu" zajmuje każdego dnia nie więcej niż 6 - 10 minut. Tylko! Jedynie! Jest to wydatek czasowy minimalny, niezauważalny niemalże. Ale jest to wydatek czasowy, który musisz ponieść każdego dnia. Kolejną zaletą aplikacji, która jest nie do przecenienia jest coś, co nazywam "wałkowaniem" - powtarzanie do znudzenia tych samych słów, zwrotów, wyrażeń, kalek językowych. W ten sposób wchodzą one do umysłu na stałe. Lokują się w nim na zawsze. Obudzona w środku nocy umiałabym powtórzyć nauczone zdania. Mam je wykute na blachę jak pacierz. Nie uczę się gramatyki, nie znam ani jednej reguły, wszystko jest wkute na blachę i powtarzane niemalże automatycznie. I to działa. Uwierzcie mi, codzienna, systematyczna nauka po troszeczku, po kawałeczku daje spektakularne efekty. Przekonałam się o tym już po czterech miesiącach nauki, gdy zamówiłam w barcelońskiej restauracji rybę, kawę i sangrię po hiszpańsku. Niby kilka zdań, niby nic, ale jednak cieszy. Aplikacja ma również swój system motywacyjny, w który wciągasz się samoistnie - zaczyna ci zależeć na tym, by nie przerywać dni nauki, gromadzisz je i dodajesz do siebie. Zbierasz punkty. A jeśli chcesz i działa to na ciebie możesz zapisać się do klubu i rywalizować z innymi uczącymi się tego języka. Kto będzie miał więcej punktów w danym dniu? Kto uzbiera więcej dni nieprzerwanej nauki? To działa! Mam za sobą rok codziennej nauki hiszpańskiego. Swój cel na 2018 roku wykonałam. Jestem z tego dumna. Uczę się trzeciego języka obcego! Uczę, rzeczywiście uczę, a nie udaję, symuluję. Po roku widzę też rezultaty systematyczności i tzw. jedzenia małą łyżeczką. Nawet wielki plan, jakim jest znajomość języka obcego można rozłożyć na maluśkie kawałeczki i powoli, bez stresu i wyrzeczeń realizować.
Na rok 2019 również mam swój plan. I zamierzam realizować go tak, jak naukę hiszpańskiego: małymi kroczkami, ale codziennie. Po doświadczeniach z ostatnich dwunastu miesięcy wiem, że osiągnę swój cel. Po prostu wiem to.
Świąteczne przygotowania mają jedną zaletę. Są to zazwyczaj czynności angażujące ciało: sprzątanie, gotowanie, pieczenie, zakupy. Można jednocześnie zajmować swój umysł rozmyślaniem. Pomyślcie trochę nad kolejnym rokiem w waszym życiu. Co chcecie osiągnąć? Wyznaczcie jeden cel. I za rok świętujcie jego realizację. Z całego serca życzę tego sobie i wam.


I verify my life several times a year, review my goals and achievements, and confess myself to my failures. The end of December, despite festive solemnity, is for me a moment in which I feel on my back, stronger than ever, the breath of the previous year. In a moment 2018 will go down in history.
Writing down plans for the next year has been completely discredited. The cynics laughed at them as absurd, immature and pointless. Already in February, they ask in pity: how are your plans? Did you quit smoking? Are you still losing weight, running, going to the gym, avoid eating meat? And today, when 2018 ends, I want to answer them: yes, I am still sticking to my resolutions, I am still going according to plan, I am consistently implementing it. What's more, I'm going to share my success and warmly encourage people of faith that it is worth making plans, I will tell you how to implement them and stick to them with consistency, even if the goal was long-term, tedious, heavy and often (yes, yes!) boring job.


I think that plans are worth doing. Plans as clear, specific, measurable goals. In my case, however, these are plans that are not very detailed or finished in the smallest detail. Let me explain it by using an example. I am planning a vacation. I plan to go to the tents to Corsica, for 10 days, I know that I will spend the nights at various campsites and that I will rent a car at the airport. And that's it. This is my plan. Note that I don't indicate the places in which I will be sleeping and even the route of my mini journey is unknown. These are spontaneous decisions, I trust my own flexibility and the ability to adapt to changing circumstances and my own whims. In this way, I also understand the planning of life goals for the next year.
I want to show you how this way of thinking, planning and acting has led me to achieve one of my goals for 2018. In January, I found a fantastic, inspiring and incredibly interesting biography of Tony Halik, "I was here" by Mirosław Wlekły. I swallowed it in three days, interrupting reading only for a few moments of reflection on my own life. The story of a Polish traveler made me aware of my smallness. During the reading, I caught my head every now and again with the painful question: what exactly am I doing with my own life? Its finiteness, transitoriness of time, which was accidentally given to me on earth, but above all my own mortality awakened in me enormous strength and sense of responsibility for my own life. I saw my life goals in a bright light. It was not pleasant. I realized that I lost my ambition somewhere in my daily routine. That what I am striving for is far below my capabilities. What's more, I'm even afraid to dream. I am afraid that I will let myself down, not being able to struggle with failure, which in my case is so often called desist. I leave the goal and I'm aware that I'm not finishing my plans. I am not even strong enough to check if my own plans have a chance to succeed, because I simply do not lead them to the final. I do not receive any feedback from the world, whether what I do is good, wise, and valuable. There were many reflections of that type on January. Bitter reflections. I closed the book and said to myself: that is the end! No more sleeping through your own life. The shame that engulfed me has pushed me to action. I set a goal, in my opinion, very ambitious. I promised myself that I would learn a new foreign language. Without hesitation, it fell to Spanish. I admit that it was probably due to recent reading - in my mind I followed the footsteps of Tony Halik in South America. However, it was difficult to follow his trail without knowing Spanish, so I decided that in my life situation, the only thing I can do that brings me closer to my dream travels is to start learning Spanish. I have been learning the foreign language twice in my life. I know how hard this work is. I also know a realistic time frame in which to finalize this goal. This is not 6 months. Much longer. Starting learning, I knew one thing: only daily work will bring results. 365 days of learning during the year. Absolutely every day from 2018 counts.
I have systematically set myself a regularity as the one unchanging that I will follow during my studies. I said to myself: "Dorota, whatever happens in your life this year, you MUST learn Spanish every day." These words: "you must" and "daily" were my driving force. All this would probably fail without one thing: learning methods, or rather tools, which I trusted 100 percent. A friend recommended to me an application for a telephone which was and still is my only teacher. This application is called duolingo. I admit that I do not know how it falls in comparison with other applications of this type, I have not searched, I did not compare, I did not check, I did not google it. I trusted. This was my first adventure in my life with learning a foreign language in a "modern" way: without a textbook, exercise book, dictionary, language course, teacher, paper and pen. It was just me and the phone. A telephone is still present in my life anyway. And since it is so often by my side, why not use it for such an ambitious goal as learning a foreign language? I know that I sound like an analogue grandfather at the end of the twentieth century... Well, I think this is who I am, because my previous experience with learning a foreign language was very traditional: school bench, blackboard, chalk, lessons, dictionary (a paper book, not the Internet), you all know how it was done long time before the internet was discovered. In my opinion learning was much more difficult previously. Learning from duolingo means that every day you have to do your daily goal, which you set yourself at the beginning of learning. In my case it was the highest possible goal -  4 sets of language tests. In each of these sets there are about (I estimate!) 12 - 15 exercises. I immediately assure you: it takes no more than 6-10 minutes every day to complete the daily goal. Only! It is a minimum, your minimal expense of time, almost unnoticeable. But it is a time expense that you have to bear every day. Another advantage of the application, which can not be overestimated, is what I call "rolling" - repeating to the boredom the same words, phrases, expressions, language cripples. In this way they enter the mind permanently. They stay in it forever. Awaken in the middle of the night I would be able to repeat the learned sentences. I have them carved like a prayer. I do not learn grammar, I do not know a single rule, everything is repeated almost automatically. And it works. Believe me, everyday, systematic learning a little bit, gives spectacular results. I found out about the results after just four months of learning, when I ordered fish, coffee and sangria in Spanish in a restaurant in Barcelona.
Only a few sentences, maybe nothing, but still pleases. The application also has its own motivational system, in which you get involved spontaneously - you start to care not to interrupt the days of learning, accumulate them and add. You collect points. And if you want and it works for you, you can sign up for a club and compete with other learners of that language. Who will have more points on a given day? Who will collect more days of continuous learning? It works! I have a year of everyday Spanish learning behind me. I made my goal for 2018. I am proud of it. I'm learning a third language! I learn, I actually learn and I do not pretend or simulate. After a year, I see the results of regularity and the so-called eating with a small spoon. Even the great plan, which is the knowledge of a foreign language, can be spread into small pieces and slowly, without stress and sacrifices, be carried out.
I also have my plans for 2019. And I'm going to implement it just like learning Spanish: small steps, but everyday. After the experience of the last twelve months, I know that I will achieve my goal. I just know it.
Christmas preparations have one advantage. These are usually activities involving the body: cleaning, cooking, baking, shopping. You can simultaneously occupy your mind with thinking. Think a little bit over the next year in your life. What do you want to achieve? Set one goal. And celebrate the completed goal next year. This is what I wish you and myself for 2019.

środa, 12 grudnia 2018

Courage

Wychowywanie dzieci ciągle i na nowo buduje moją osobowość poprzez nieustanne konfrontowanie mnie z wartościami, które chciałabym im przekazać. Życie z potomstwem zmusza do definiowania wszystkich priorytetów od nowa i od nowa. To ciągłe rozmyślanie i analizowanie. Każdego dnia pojawiają się pytania, na które odpowiedzi należy poszukać w sobie. Od wczoraj myślę o odwadze. Emilia stanęła w obronie słabszej koleżanki, sprzeciwiła się grupowemu atakowi na dziewczynkę z klasy. Nie zgodziła się na bicie, popychanie, wyśmiewanie i wyzwiska, które spotkały tamtą dziewczynkę. Potem sama w wyniku sojuszu jaki zawarła z ofiarą, była atakowana. Emilka jest osobą introwertyczną, spokojną, cichą, bardzo dojrzałą jak na swój wiek, emocjonalną miłośniczką książek i zdobywania wiedzy. I taka osoba jak ona wystąpiła w roli obrońcy słabszego, atakowanego przez grupę rówieśniczą, odrzucanego i pogardzanego dziecka. Nie znajduję w sobie słów, by opisać, co myślę o tej sytuacji i jej zachowaniu. Wiem, co czuję. Dumę. Jestem z niej tak bardzo, bardzo dumna! Wiem ile siły i odwagi musiało ją to kosztować.
Deklaracje nie są ważne. W teorii każdy przypisuje sobie szlachetne przesłanki własnych zachowań, każdy ceni prawość i przyzwoitość. Być może nawet każdy chciałby być dobry. Ale człowieka poznaje się tylko i wyłącznie poprzez jego czyny i decyzje jakie podejmuje w sytuacjach skrajnych, stresowych, trudnych. Ktoś, kto deklaruje, że rodzina jest dla niego najważniejsza, a siedzi w pracy ciągle do dwudziestej, to przedkłada pracę nad rodzinę. Deklaracje idą w jednym kierunku, a czyny w innym. Rozbieżność słów i czynów sama mówi za siebie. Ktoś, kto uważa się za nonkonformistę, a w sytuacji, gdy potrzeba przeciwstawić się złu grupowemu wobec ofiary nie robi tego, jest konformistą. Nie chodzi o to, by oceniać. Tak czasem bywa, że ktoś bardziej ceni pracę niż rodzinę, albo, że ktoś woli postępować tak, jak nakazuje grupa. Oceny moralne takich postaw życiowych, to już temat na inny wpis. Chodzi mi jedynie o to, że prawdziwym sprawdzianem życiowych wartości jest czyn, postępowanie, działanie, a nie deklarowanie.
Odwaga była dla mnie zawsze na liście życiowych priorytetów. Może nawet jest numerem jeden wśród wartości, którymi należy się w życiu kierować? Rozumiem to pojęcie niezmiernie szeroko. Zawiera się w nim zarówno odwaga, by być sobą, żyć po swojemu i często wbrew innym, na przekór tradycji i regułom, ale też odwaga, by przekraczać własne ograniczenia, swoją wygodę, swój własny egoizm. Zawsze bardzo wysoko ceniłam ludzi, którzy nie potrafili kalkulować: takich, którzy postępowali uczciwie, choć im się taka przyzwoitość wcale nie opłacała. Nigdy nie lubiłam ludzi "śliskich moralnie", zbyt sprytnych, cwanych i wyrachowanych - to oni mówią, że białe jest czarne, gdy im się to opłaca, a innym razem krzyczą odwrotnie. Unikam. Omijam. Odgradzam się od nich. Oczywiście wiem, że powoduje nimi brak odwagi, czyli po prostu życiowy strach, jednak osobiście uważam, że życie człowieka powinno być pracą nad sobą, nad własnymi ograniczeniami, a w tym konkretnym wypadku nad hamowaniem strachu i kształtowaniem w sobie odważnej życiowej postawy.
Przyjęło się sądzić, że okres dorastania, to kres buntu. Od pewnego czasu zaczynam jednak określać wiek nastoletni jako okres pierwszej wypłaty dla rodziców. Jest pewna prosta i zarazem trafna definicja wychowywania dziecka porównująca ów proces do pakowania walizki: co do niej włożysz, to potem wyjmiesz. Nie znajdziesz tam nic innego. Starałam się o tym pamiętać pakując każdą z czterech walizek. I większych niespodzianek teraz nie mam. Może poza jedną. Że to rzeczywiście się sprawdza. I Emilko, jeśli kiedykolwiek czytasz ten wpis, to chciałam Ci podziękować za to, co właśnie wyjęłaś z tej walizki. Za Twoją odwagę, by stanąć w obronie słabszego i by przeciwstawić się grupie. Jestem z Ciebie dumna. Na takie wypłaty okresu nastoletniego warto było czekać i pracować troskliwie pakując twoją walizkę. Warto być przyzwoitym.


Raising children constantly and again builds my personality by confronting me with the values ​​that I would like to pass them. Living with offspring forces us to define all priorities over and over again. It's constant thought and analysis. Every day there are questions that should be answered. I've been thinking about courage since yesterday. Emilia defended her weaker friend, opposed a group attack on a girl from the class. She did not agree to beating, pushing, ridiculing and insults that met that girl. Then, as a result of the alliance she made with the victim, she was attacked. Emilka is an introverted person, calm, quiet, very mature for her age, emotional lover of books and acquiring knowledge. And a person like her acted as a defender of the weaker, attacked and despised child being attacked by a peer group. I do not find words to describe what I think about this situation and its behavior. I know how I feel. Pride. I am so very, very proud of her! I know how much strength and courage it cost her.

Declarations are not valid. In theory, everyone ascribes to himself the noble premises of his own behavior, everyone values ​​righteousness and decency. Perhaps even everyone would like to be good. But man is only known through his actions and decisions he makes in extreme, stressful and difficult situations. Someone who declares that the family is the most important for him, and he is still at work until the 8PM, he values up work over the family. Declarations go in one direction, and deeds in another. The discrepancy of words and deeds speaks for itself. Someone who considers himself to be a nonconformist, and in a situation where he needs to oppose group evil against the victim, he does not do it, he is a conformist. It's not about assessing. Sometimes it happens that someone values ​​work more than a family, or that someone prefers to act as ordered by a group. The moral evaluation of such life attitudes is a topic for another post. My only point is that the real test of life values ​​is doing and acting not declaring.

Courage has always been on the list of priorities for me. Perhaps even the number one among values ​​that should be guided in life? I understand this concept extremely broadly. It contains both courage to be yourself, live your own way and often against others, in spite of traditions and rules, but also courage to exceed your own limits, your comfort, your own selfishness. I have always highly valued people who could not calculate: those who behaved honestly, although such decency did not pay off.
I have never liked "slippery" people, too clever, too smart and calculating - they say that white is black when it pays for them, and sometimes they scream the other way around. I avoid them. I'm separating myself from them. Of course, I know that lack of courage causes them, that it is simply life fear, but I personally think that human life should be a work on oneself, on one's own limitations, and in this particular case on suppressing fear and shaping a courageous life attitude.

It has been assumed that the period of growing up is the rebellion. For some time, however, I have begun to determine the teenage years as the period of the first payment for parents. There is a simple and accurate definition of raising a child comparing this process to packaging a suitcase: what you put in it, you take out of it. You will not find anything else there. I tried to remember that while packing each of the four suitcases. And I do not have big surprises now. Maybe except one. That it really works. And Emilko, if you ever read this post, I would like to thank you for what you just took out of your suitcase. For your courage to stand up for the weaker and to defy the group. I'm so proud of you. For such payments of the teenage period it was worth waiting and working carefully packing your suitcase. Please always remeber: it's worth being decent.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Before Christmas


Świąteczna atmosfera otacza nas, mimo wczesnego grudnia, zewsząd. Migające światełka, przystrojone choinki, święte Mikołaje, kolędy, dzwoneczki i mince pies wyglądają z każdego zaułka. Ludzie jakby przyspieszyli w konsumpcjonizmie, taszczą wielkie siaty, przepychają się, zapatrzeni w siebie, do wewnątrz.
Weekend w domu był twórczy. Piekliśmy świąteczne pierniczki. Dużo malowaliśmy. Najpierw obrazy na płótnie, które początkowo miały być własnoręcznie zrobionymi prezentami dla rodziny w Polsce. Nie wiem, czy jednak ten pomysł się sprawdzi, bo chętnych, by pożegnać się z własnym dziełem nie ma. Jedynie Romek nadal chce dać swój obraz pod choinką wujkowi i cioci.
Ponoć oszczędzania należy się uczyć od najmłodszych lat, aby więc ułatwić to własnym dzieciom kupiłam im skarbonki, które należało własnoręcznie ozdobić. Może w końcu ktoś w tej rodzinie nauczy się jak odkładać pieniądze? Nam (dorosłym) jakoś to słabo wychodzi... Ale za to całkiem nieźle wychodzi nam wspólne, twórcze spędzanie czasu.



Despite early December the Christmas atmosphere surrounds us everywhere. Flashing lights, decorated Christmas trees, holy Santa Clauses, carols, bells and mince pies look from every corner. People seem to have accelerated in consumerism, they carry big shopping bags, they push each other staring inside themselfs.
The weekend at home was creative. We've baked Christmas gingerbreads. We painted a lot. First, paintings on canvas, which were originally intended to be gifts made for the family in Poland. I do not know if this idea will work, because noone is willing to say goodbye to his own painting. Only Romek still wants to place his picture under the Christmas tree as a present for uncle and aunt.
Apparently, savings should be learned from an early age, so to facilitate it to my own children I bought them piggy banks, which were to be personally decorated. Maybe finally someone in this family will learn how to save money? We (adults) somehow do it poorly ... What we do quite well is spending time together creatively.


















piątek, 7 grudnia 2018

Cooperation

Jeżdżenie po angielskich drogach dostarcza mi nieznanych wrażeń. Nie mam tu na myśli ruchu lewostronnego, do którego przywykłam szybko. Jestem zafascynowana umiejętnością współpracy wypracowaną przez tutejszych kierowców. Sheffield nie jest miastem łatwym do poruszania się własnym autem. Uliczki są bardzo wąskie, po dwóch stronach drogi stoją zaparkowane samochody, dodatkowo miasto położone jest na wielu stromych pagórkach. W takich warunkach musiała rozwinąć się wyjątkowa kultura jazdy autem. No właśnie, czy musiała?
Wszyscy jesteśmy zazwyczaj zgodni co do zalet płynących ze współpracy. Ponoć, to właśnie dzięki niespotykanej wśród żadnego innego gatunku na świecie umiejętności współdziałania opanowaliśmy Ziemię. Współpraca była i jest kluczową umiejętnością homo sapiens. Kooperujemy, gdy pojawia się wspólny cel. Może nim być, jak we wspomnianym wyżej przypadku, sprawne poruszanie się po mieście autem. Każdy przecież chce dotrzeć na miejsce.
Słyszałam kiedyś definicję dobrego małżeństwa, z której trafnością, po dwudziestu jeden latach związku, zgadzam się do dziś. Ponoć zgrane małżeństwo to takie, w którym naczynia same się myją. Jakież to prozaiczne i jak bardzo prawdziwe. Nie chodzi bynajmniej o to, że to jedno z małżonków bez szemrania i buntu owe gary myje (najczęściej taka właśnie rola przypadała dawniej kobiecie - ale o tym chyba nikomu przypominać nie muszę). Kwintesencja dobrego małżeństwa tkwi w czym innym: naczynia myje się w domu, gdy są brudne. Nie jest ważne kto to zrobi, bo do obowiązku wspólnego dbania o dom poczuwa się każdy. Nie ma targowania się, sprzeczania, wyliczania zasług, walki o to, by wymigać się z tego niewdzięcznego obowiązku. Jest do wykonania praca, więc każdy, kto jest w związku łapie za gąbeczkę, ściereczkę i płyn i po prostu robi robotę. I każdy dba o to, by ta druga strona nie przepracowywała się za bardzo. Każdy dba o sprawiedliwy podział pracy i wysiłku, by nikt nie był poszkodowany.
Tak jak w dobrym małżeństwie, tak też i w szerszej wspólnocie obowiązują te same zasady dotyczące współpracy. Są też, jak widać, te same zagrożenia. Pierwszym z nich jest zrzucanie odpowiedzialności za wynik współdziałania na drugą stronę przejawiający się chociażby niechęcią do ustępstw. Znam te wymówki na pamięć: "dlaczego to ja mam ustępować na drodze?", "niech inni ustępują, to będę i ja." Klasyczny przykład targowania się! Bezsensowna szamotanina, na której tracą wszyscy. Skoro warunki drogowe są ciężkie, skoro wszyscy mamy ten sam cel, by gdzieś dojechać, to powinna pojawić się odpowiedzialność za to, co dzieje się na drodze. Nie jest ważne, że ustępuję teraz ja, że być może i kolejnym razem to znów ja będę musiała zjechać w zatoczkę i poczekać na swoją kolej, mimo, że bardzo, bardzo mi się spieszy. Bo następnym razem, to ktoś inny, a potem jeszcze ktoś i jeszcze jeden przepuści mnie pierwszą, poczeka. Na drodze i w małżeństwie to właśnie dzięki wspólnemu celowi i schowaniu do kieszeni egoizmu osiągnąć można wiele. Ustępowanie nikogo nie poniża, choć często odnoszę takie wrażenie patrząc na ludzi, którym obca jest taka postawa. Trochę tak, jakby się bali, że przepuszczenie kogoś na drodze strąci im z głów koronę króla szos. A korona to przecież atrybut władzy. Nieumiejętność współpracy i potrzeba utrzymywania przewagi nad innymi idą ze sobą pod rękę. Jeśli dla kogoś ważniejsze jest decydowanie, rozkazywanie i okazywanie władzy niż osiąganie wspólnego celu, to nie ma mowy o współdziałaniu. Skoro mamy osiągnąć jakiś wspólny cel, to zaraz pojawia się pytanie: jak? I ponieważ, każdy z nas ma się za osobę myślącą, wszak nikt nie narzeka na niedosyt rozumu, to każdy czuje potrzebę, by odpowiedzieć na pytanie: "w jaki sposób osiągniemy współpracę". Być może nawet każdy ma swoją wizję współdziałania. Być może nawet każdy chciałaby decydować o charakterze współpracy (tej na drodze, tej przy domowym zmywaku i każdej innej). I znowu tutaj przydadzą się głębokie kieszenie, do których, obok upchanego wcześniej egoizmu, schowamy również potrzebę władzy.
Często obserwuję moje dzieci w trakcie zabawy. A że każde z nich miewa od czasu do czasu chęć porządzić innymi, nie ustępować i egoistycznie rozkazywać wszystkim pozostałym, to też dochodzi do sytuacji, gdy uzurpator zostaje (jako jedyny!) usunięty ze wspólnej zabawy. Życiowa lekcja i płynący z niej przekaz jest jasny: nie umiesz współpracować, to się z nami nie bawisz!

Piątkowo życzę Wam dużo zabawy, mało naczyń w zlewie i życzliwych kierowców na drogach. A życiowo życzę Wam dużo owocnej współpracy.

(A short note to my english readers: this post was translated with a big help of google translator and a minimum efford from my side. I hope it is understandable enough. Sorry for all the mistakes it might contain. It is Friday, I am home alone - Greg went to Poland - and house work as well as painting work is waiting for me right now. I simply wanted to publish this text today. I promise to work on it later and make it clear for you.)

Driving English roads gives me unknown experiences. I do not mean left-hand traffic, which I'm used to quickly. I am fascinated by the cooperation skills developed by local drivers. Sheffield is not an easy city to drive your own car. Streets are very narrow, cars are parked on both sides of the road, in addition, the city is located on many steep hills. Under such conditions, an exceptional car driving culture had to develop. Well, did it have to?

We are all generally in agreement about the advantages of cooperation. Apparently, it is thanks to the unprecedented skills of cooperation that we have not seen anywhere else in the world that we have ruled the Earth. Collaboration has been and is a key homo sapiens skill. We cooperate when a common goal appears. It can be, as in the aforementioned case, efficiently moving around the city by car. Everyone wants to get somewhere.

I once heard the definition of a good marriage, from which I am in agreement till today, after twenty-one years of relationship. It seems that a happy marriage is the one in which dishes are washed themselves. How prosaic and how real. This is not about the fact that it is one of the spouses without murmur and rebellion that  cleanes dishes (most often this was the role that formerly belonged to a woman - but I do not have to remind anyone about it). The quintessence of a good marriage lies in something else: dishes are washed at home when they are dirty. It does not matter who will do it, because everybody feels the obligation to take care of the house. There is no haggling, no arguments, no merit, no fight to evade this ungrateful duty. There is work to be done, so everyone who is in the relationship catches a sponge, a cloth and a liquid and just does the job. And everyone cares about the other side not working too much. Everyone cares for a fair division of work and effort so that no one is treated unjustly.
As in a good marriage, the same rules for cooperation apply to the wider community. There are also, as you can see, the same threats. The first of these is the shedding of responsibility for the result of cooperation on the other side, manifesting itself even by reluctance to make concessions. I know these excuses by heart: "why should I give way on the road?", "Let others give way, then I will do the same." A classic example of bargaining! A senseless struggle on which everyone loses. Since road conditions are difficult, since we all have the same goal to go somewhere, there should be a responsibility for what is happening on the road. It is not important that now I am giving up, that perhaps again next time I will have to go down to the cove and wait for my turn, even though I am in a very hurry. Because next time, it's someone else, and then someone else and one more who will let me go first and wait. On the road and in the marriage, it is thanks to the common goal and hidden in the pocket of egoism that you can achieve a lot. It is not humiliating anyone. A bit as if they were afraid that passing someone on the road would knock the crown of the king of the road off their heads. And the crown is after all an attribute of power. The inability to cooperate and the need to maintain an advantage over others go hand in hand. If it is more important for someone to decide, to command and to show power than to achieve a common goal, then there is no question of cooperation. If we are to achieve a common goal, then the question arises: how? And because, each of us is a thinking person, after all no one complains about insufficiency of mind, then everyone feels the need to answer the question: "how will we achieve cooperation". Maybe even everyone has their vision of cooperation. Perhaps even everyone wants to decide on the nature of cooperation (the one on the road, the one at the household dishcloth and any other). And here again, deep pockets will help, to which, along with previously mentioned egoism, we also hide the need for power.
I often watch my children during play. And that each of them has from time to time willingness to put others in order, not give in and selfishly order to everyone else. The result of such behavior is simple: usurper is (as the only one!) removed from playing together. The life lesson and the message from it is clear: you can not cooperate, you do not play with us!


Friday, I wish you a lot of fun, few dishes in the sink and kind drivers on the roads. And in life I wish you a lot of fruitful cooperation.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Fascinating power of acceptance

Rano wyszliśmy z mężem na kawę do naszej ulubionej, lokalnej kafejki. Nie było miejsc siedzących, zamówiliśmy kawę na wynos. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Idąc ulicami Sheffield, z kubkami gorącej, pachnącej kawy, w strugach deszczu, pod szarym, ciężkim niebem poczułam, że akceptuję to, co się właśnie dzieje. Leje na mnie woda, przemaka kurtka. I nie przeszkadza mi to. Nie psuje nastroju, nie spycha natrętnych myśli w stronę negatywnego narzekania, nie prowadzi do buntu, złości, bezradności.
Przez cały dzień rozmyślam o akceptacji. Rozumiem ją jako zgodę na wszystko co istnieje, począwszy od świata zewnętrznego, poprzez zgodę na innych ludzi i to, jacy są, a skończywszy na zgodzie na siebie samego, na własne uczucia. Myślę o akceptacji rzeczy, na które wpływu nie mamy, ale również tych, których autorami jesteśmy my sami. Akceptacja jest pochodną szczerości. Wynika z niej. Najpierw jestem szczera i prawdomówna wobec samej siebie. Przyznaję, że coś czuję, coś myślę, w jakiś sposób postępuję. Życie bez kłamstwa jest nie tylko prostsze, mniej skomplikowane. Przyznawanie się samemu sobie do ciężkich, trudnych, często nie chcianych uczuć jest wyzwalające, dające właściwie nieograniczoną wolność i poczucie siły. Dopiero potem przychodzi akceptacja. Nie tak od razu - powoli, leniwie. Pamiętam sytuację, w której koleżanka ze szkolnej ławy powiedziała mi, że mnie podziwia, że daję sobie radę z czwórką dzieci. Wyprowadziłam ją z błędu, przyznałam, że wcale nie daję sobie rady. Była zszokowana tym, że ośmieliłam się przyznać do własnej słabości i bezradności. W tamtym momencie życia potrafiłam się już nie tylko zdobyć na takie szczere wyznanie, ale również akceptowałam tą sytuację: zmęczenia, chaosu, zagubienia, nie radzenia sobie z obowiązkami i powinnościami. Akceptacja jest dla mnie punktem zero, początkiem. Dopiero zgadzając się na coś zaczynamy sobie z tym radzić. Zgadzając się na angielski deszcz uruchamiamy w sobie działanie. Do akcji wkracza kreator, pełen pomysłów i rozwiązań. Ok, leje non stop. Czy mogę zrobić coś, żeby ten dzień był miły? Co mogę zrobić? Gdzieś wyjść? Gdzie? Ubrać płaszcz, kalosze, zabrać parasol. A może wspólnie z rodziną coś ugotować? A może porysować? Oglądnąć film w domu? Kino jakieś?
A co ze wspomnianą sytuacją nieradzenia sobie z obowiązkami przy czwórce dzieci? Skoro akceptuję ją, to wiem, że zaraz przyjdą pomysły na ułatwienia. Nie pamiętam już dokładnie jakie one były, bo mówię o sytuacji sprzed kilku lat, ale jak widać coś wymyśliłam, bo do tej pory wszyscy żyjemy (ha, ha, ha!).
Wielu ludziom z trudem przychodzi akceptowanie własnych uczuć, szczególnie tych negatywnych, trudnych. Każdy ma jakiś słaby punkt, jeden nie znosi w sobie agresji, inny z całych sił wypiera zazdrość, jeszcze ktoś ucieka przed smutkiem, innemu sen z powiek spędza brak kontroli. I dopóki nie ma zgody w sobie samym na te uczucia, dopóty jest ucieczka, samookłamywanie, wypieranie, ignorowanie, obwinianie innych, złość na siebie lub świat. Upychanie po kątach własnej osobowości negatywnych uczuć, zamiast po prostu je przeżywać i akceptować, prowadzi nie tylko do życia mało satysfakcjonującego, ale też do utrwalenia się tego mechanizmu, który z wiekiem zaczyna budować charakter człowieka. I potem mamy starego, nieszczęśliwego, złego na cały świat, ponurego, zawistnego człowieka, którego nic już nie cieszy, którego nic już nie zadowala, który nie widzi w świecie stron pięknych i jasnych, takiego który tylko wszędzie i w każdym szuka potwierdzenia własnej smutnej i przerażającej wizji istnienia. Wszystko przed czym z całych sił starał się uciec, wszystko czego nie akceptował w sobie wróciło do niego z zewnątrz ze zdwojoną siłą.
Akceptacja nie oznacza dla mnie bierności. Jest to raczej spokojna zgoda. Przyznanie się. Zauważenie rzeczywistości taką jaka jest ( o ile to w ogóle możliwe?!). Potem przychodzi czas na działanie. A jeśli działanie jest niemożliwe, to jest to czas na zmianę w sobie, na zmianę podejścia, na zdystansowanie się, na przewartościowanie. Do głowy przychodzi mi teraz pewne polskie przysłowie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. Przecież jest to prosta kwintesencja akceptacji i zmiany priorytetów. Można coś polubić, dostrzec dobre, pozytywne strony, wyciągnąć dla siebie naukę. Ponoć na tym polega "ćwiczenie na szczęście" - doszukiwanie się pozytywów tam, gdzie ich na pierwszy rzut oka nie ma. Czytałam kiedyś o wspaniałym eksperymencie psychologicznym polegającym na tym, że grupa osób miała codziennie przed snem zapisywać kilka dobrych, pozytywnych wydarzeń z mijającego dnia. Eksperyment trwał trzy tygodnie. Jego efekty, w postaci poprawy ogólnego nastroju badanych, a nawet zaniku stanów depresyjnych (!) trwały przez kolejne pół roku. Czyż nie jest to fascynujące?

In the morning, we went with my husband for a coffee at our favorite local cafe. There were no free seats so we ordered coffee for take - away. In the meantime, it started to rain. Walking the streets of Sheffield, with cups of hot coffee, in the pouring rain, under a gray, heavy sky, I felt that I accept what is happening. Water pours on me, the jacket is fuzzy. And it does not bother me. It does not spoil the mood, does not push the intrusive thoughts towards negative complaints, does not lead to rebellion, anger, helplessness.

I am thinking about acceptance throughout the day. I understand it as a consent to everything that exists, starting from the outside world, by agreeing to other people and how they are, and ending with the consent to themselves, to their own feelings. I am thinking of accepting things that we do not have influence, but also those whose authors are ourselves. Acceptance is a derivative of sincerity. It follows from it. First, I'm honest and truthful to myself. I admit that I feel something, think something, act in some way. Living without a lie is not only simpler, less complicated. Admitting myself to the hard, difficult, often unwanted feelings is liberating, giving virtually unlimited freedom and a sense of strength. Only then comes acceptance. Not so immediately - slowly, lazily. I remember the situation in which a friend from the school bench who told me that she admires me that I manage four children. I led her out of the mistake, I admitted that I could not cope. She was shocked that I dared to admit my own weakness and helplessness. At that moment in my life I was able not only to get such a sincere confession, but also accepted this situation: tiredness, chaos, confusion, not dealing with duties. Acceptance is for me the zero point, the beginning. Only when we agree to something  we're starting to deal with it. By agreeing to the English rain, we start the action. A wizard comes in, full of ideas and solutions. Ok, it pours non-stop. Can I do something to make this day nice? What can I do? Somewhere to go out? Where? Wear a coat, wellies, take an umbrella. Or maybe cook something with my family? Or maybe scratch? Watch a movie at home? Cinema?
And what about the situation of not dealing with the duties of four children? When I accepted it, I knew that ideas will come soon. I do not remember exactly what they were, because I'm talking about a situation from a few years ago, but as you can see, I came up with something, because so far we are all alive (ha, ha, ha!).

Many people find it difficult to accept their own feelings, especially those negative, difficult ones. Everyone has a weak point, one does not tolerate aggression in himself, another one disavowals his own jealousy, someone else escapes from sadness, another one hates his own lack of control. And as long as there is no agreement in yourself about these feelings, there is escape, self-shattering, displacement, ignoring, blaming others, anger at yourself or the world. The deposition of negative feelings on the corners of one's own personality, instead of simply experiencing and accepting them, leads not only to a life that is not very satisfying, but also to the consolidation of this mechanism, which with age begins to build the human character. And then we have an old, unhappy, evil for the whole world, a gloomy, envious man who does not enjoy anything anymore, who does not see in the world the beautiful and bright sides, who seeks confirmation of his own sad and a terrifying vision of existence. Everything he tried to escape from, everything he did not accepted in himself returned to him from the outside world with redoubled strength.
Acceptance does not mean passivity for me. It is rather a peaceful agreement. Admission. Noticing reality as it is (if it is possible at all ?!). Then the time comes for action. And if the action is impossible, it is a time for a change in yourself, for a change of approach, for distancing yourself, for reevaluation. A Polish proverb comes to my mind now: if you do not have what you like, you like what you have. After all, it is a simple quintessence of acceptance and change of priorities. You can like something, see good, positive sides, learn for yourself. It seems to be the "happiness exercise" - the search for positives where they can not be noticed at first sight. I once read about a wonderful psychological experiment consisting in the fact that a group of people had to record several good, positive events from a passing day every day. The experiment lasted three weeks. Its effects, in the form of improving the general mood of the respondents, and even the disappearance of depressive states (!) lasted for another six months. Isn't it fascinating?

Liverpool


Od dłuższego czasu rozpisuję się tutaj na temat swojej fascynacji wsią i życiem wiejskim. Życiem bliskim natury, przyrody, tej całej wspaniałej roślinności i przestrzeni. Uwielbiam, gdy wzrok nie napotyka na przeszkody, na dzieła ręki ludzkiej, na jakiekolwiek ślady obecności człowieka na Ziemi. Gdy w kadrze widać jedynie to, co stworzone przez naturę. Naszą przeprowadzkę w nowe miejsce doświadczyłam mocniej jako przeprowadzkę do miasta ze wsi niż jako przeprowadzkę do innego kraju. Ciężko mi było przywyknąć do przewagi betonu i asfaltu, do przewagi aut, do ciasnej miejskiej zabudowy, dużej ilości ludzi, braku drzew, trawy i do odgłosów miejskich, które zastąpiły pianie kogutów i śpiew ptaków o poranku. Jednak gdzieś tam głęboko we mnie tkwi wielkomiejski potwór, który uwielbia klimat jaki tworzą duże ośrodki miejskie. Chodzenie (w butach na obcasach!) po sklepach i kawiarniach, plątanie się po muzeach i wystawach, ten cały błyszczący, pachnący i pełen jasnych neonów sztuczny świat. Kurcze, to też lubię!
W weekend odwiedziliśmy Liverpool. Miasto ma tak wiele do zaoferowania, że nie była to nasza ostatnia wycieczka tam. Spełniłam swoje marzenie i odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej Tate Gallery. Warhol, Kandinsky, Pissarro, Mondrian, Braque - widziałam ich dzieła na żywo!
Zdążyliśmy jeszcze wejść na godzinkę do Muzeum Niewolnictwa. Liverpool był jednym z głównych portów, w którym rozgrywał się dramat handlu ludźmi. Rozmawialiśmy z dziećmi na ten temat. Chcę, żeby wiedziały co się działo tutaj, w Ameryce i Afryce jeszcze tak niedawno. Chcę, żeby wiedziały jakie to wszystko ma podstawy i rodowód, że nic się nie dzieje bez przyczyny.

For a long time I am writing here about my fascination with the village and rural life. A life close to nature and all this wonderful space. I love it when the eye does not encounter obstacles and the works of the human hand or any traces of human presence on Earth. When only the things created by nature can be seen in the frame. I experienced our move to a new place more as a move to a city from a village than as a move to another country. It was hard for me to get used to the concrete and asphalt, to the car traffic, to tight urban housing, large numbers of people, lack of trees, grass and to the urban sounds, which replaced the crowing of cocks and the singing of birds in the morning. However, somewhere deep inside me there is a big city monster who loves the atmosphere created by large urban centers. Walking (in shoes with heels!) in shops and cafes, tangling in museums and exhibitions, this whole shiny, fragrant and full of bright neon lights, artificial world. Damn, I like it too!
We visited Liverpool on the weekend. The city has so much to offer that it was not our last trip there. I fulfilled my dream and visited the Tate Gallery contemporary art museum. Warhol, Kandinsky, Pissarro, Mondrian, Braque - I saw their works live!
We managed to come an hour to the Museum of Slavery. Liverpool was one of the major ports in which the drama of human trafficking was taking place. We talked with children about it. I want them to know what has been going on here and in America and Africa not so long ago. I want them to know that nothing happens without a reason.

























piątek, 30 listopada 2018

self - confidence

W swojej wędrówce po zagadnieniach związanych z funkcjonowaniem człowieka w świecie kilkakrotnie natrafiałam na tematykę asertywności. Nigdy jednak nie przeczytałam książki, która byłaby przewodnikiem i poradnikiem dotyczącym pewności siebie. Teraz mam taką książkę w ręce i czytając ją, co chwila mam ochotę krzyknąć: nie zgadzam się!

Nie będę się tutaj bawić w recenzowanie, bo ani się do tego nie nadaję, ani nie uważam tego bloga za właściwe miejsce ku temu. Chcę jedynie napisać kilka własnych spostrzeżeń dotyczących tej tematyki. 
We współczesnym świecie istnieją pewne zagadnienia, co do których większość ludzi jest zgodna. Na czele wartości, które przeważająca ilość rodziców uważa za ważne do wpojenia swoim dzieciom jest pewność siebie. Asertywność zrobiła tak przeogromną karierę, że właściwie nikomu by do głowy nie przyszło kwestionowanie jej. 
To takie ważne obecnie: być pewnym własnych sądów, być pewnym własnych czynów, być pewnym własnej racji w sporach, być pewnym własnej drogi. Być pewnym siebie! 
Znałam kiedyś małżeństwo, ale nie jako parę, raczej jako osobno jego, osobno ją. Przechodzili bardzo poważny kryzys. Każde z nich, osobno, szukało pocieszenia w zwierzaniu się mi z problemów w związku. Każde było bardzo pewne własnej racji w sporach. W monologach każdego z nich nie znajdywałam nawet cienia niepewności własnych racji, żadne z nich nawet przez chwilę nie zawahało się, nie zwątpiło w słuszność własnych sądów. Są razem do tej pory, kryzys zażegnali dopiero w momencie, w którym utracili niezachwianą asertywność, gdy zaczęli dopuszczać do głosu wątpliwości co do trafności własnych spostrzeżeń, osądów, obrazu świata. Pozbyli się owego mitycznego, tak bardzo obecnie gloryfikowanego "wiem lepiej!" na rzecz pokory: "może to ja nie mam racji, może się mylę, może nie jest tak, jak mi się wydaje?"
Ludzie uwielbiają mieć rację. Potrzeba ta jest tak silna, że do perfekcji opanowali sztukę samookłamywania się. Pomijają istotne fakty przeczące ich poglądom, z toku informacji wybierają jedynie te, które potwierdzają ich założenia, co więcej: faktom stojącym w zgodności z ich tokiem myślenia nadają większe znaczenie, inne umniejszając. Nie chcą być uświadamiani, nie lubią, gdy się im wskazuje ich pomyłki, błędy w rozumowaniu, gdy się im wręcz w toku logicznego myślenia i w obliczu faktów udowadnia, że się mylą. Historia ludzkości obfituje w przykłady, katastrofalne, takiej pewności siebie. Eufemistycznie nazywa się te dowody na brak pokory błędami. Ja bym nazwała taką asertywność bardziej dobitnie. Głupotą. Po prostu. 
Co zatem jest w owej wspaniałej pewności siebie, że tylu ludzi o niej marzy, że wydawane są książki pomagające ją zdobyć, że stoi ona na czele wartości rodzicielskich, których wpojenie własnym latoroślom wydaje się być tak ważne?
Czy pewność siebie pomaga przejść przez życie? Tak, myślę, że pomaga. Pomaga zdobyć władzę (popatrzcie tylko na tych pewnych siebie starszych panów i panie - polityków - jak oni niezmącenie wierzą we własne słowa!). Pomaga również zdobyć pieniądze. Pomaga też na rynku matrymonialnym.
A w czym przeszkadza? Moim zdaniem w ogólnie pojętym zdobywaniu mądrości życiowej. Mądrość życiowa to pokora. To ciągłe wątpienie, sprawdzanie, czy rzeczywistość jest taka jaką się wydaje. Mądrość jest poszukiwaniem. Odpowiedzi nie są oczywiste i dogmatyczne. Żeby przyjąć postawę życiową odkrywcy należy najpierw pokornie przyznać, że nie jest się pewnym. I po prostu taką niewiedzę, niepewność zaakceptować.
Zaakceptować brak pewności siebie.
Często pojęcie pewności siebie bywa mylone z poczuciem własnej wartości. I myślę, że w tym szczególe tkwi sedno sprawy. Pewność siebie i poczucie własnej wartości nie są tożsame! Każdy człowiek na świecie wchodząc w życie zasługuje na wysokie lub (jak to się ostatnio przyjęło mówić) dostatecznie wysokie poczucie własnej wartości. Jest nim wewnętrzna akceptacja dla siebie takiego jakim się jest. Z zaletami i wadami. Na poczucie własnej wartości nie musi się niczym zasłużyć, nie jest ono zależne ani od zamożności, ani od wyglądu, ani od wykształcenia. To taka miłość do siebie samego, akceptacja siebie samego i radość z tych kilku chwil życia, które każdy z nas ma przed sobą.
Myślę, że gdyby ludzie posiadali dostatecznie wysokie poczucie własnej wartości, to nie musieliby odgrywać pewności siebie. Nie potrzebna byłaby ta maska, która najczęściej skrywa zagubioną, niedowartościowaną, zakompleksioną i nie kochaną istotę. Nie powstawałyby również książki na temat tego jak udawać na zewnątrz coś, czego we wnętrzu brakuje.

A na koniec pokornie zapytam: może to ja się mylę?

In my travels on issues related to the functioning of people in the world, I came across the subject of assertiveness several times. However, I have never read a book that would be a guide on self-confidence. Now I have such a book in my hand and reading it, every now and then I want to shout: I disagree!

I will not review it because I am not suited for this, nor do I consider this blog to be the right place for it. I just want to write some of my own insights on this subject.

In the modern world there are some issues that most people agree on. At the forefront of the values ​​that an overwhelming number of parents consider important to instil in their children is self-confidence. Assertiveness has made such an enormous career that no one would even think of questioning it.

It is so important now: be sure of your own judgments, be sure of your own deeds, be sure of your own reasons in disputes, be sure of your own way. Be confident!

I once knew a marriage, but not as a couple, rather as apart, separately. They were going through a very serious crisis. Each of them, separately, sought consolation in confronting me with problems in their relationship. Each was very confident in his arguments. In the monologues of each of them I did not even find a shadow of uncertainty of their own reasons, none of them even for a moment hesitated, did not doubt their own judgments. They have been together so far, the crisis has been averted only at the moment when they lost unwavering assertiveness, when they began to allow doubts about the accuracy of their own observations, judgments, the image of the world. They got rid of this mythical "I know better now". for humbleness: "maybe I'm wrong, maybe it's not as it seems to me?"

People love to be right. This need is so strong that it mastered us in lying to ourselfs. People omit important facts contradicting their views, they choose only those that confirm their assumptions from the course of information, and what's more: facts that are in harmony with their way of thinking give more importance, diminishing other. People do not want to be made aware, they do not like it when they are shown their mistakes, mistakes in reasoning, when they are in the course of logical thinking and in the face of facts prove that they are wrong. The history of mankind is full of examples, catastrophic, such self-confidence. Euphemistically people call this lack of humbleness - mistakes. I would call such assertiveness more clearly. Stupidity. Just.

What is so special about that great confidence that so many people dream about it, that there are books that help acheve it, that it is at the forefront of parental values, which instilling in her own offspring seems so important?

Does self-confidence help you get through life? Yes, I think it helps. It helps to gain power (look only at those self-confident older gentlemen and ladies - politicians - how they unmistakably believe in their own words!). It also helps to get money. And helps on the matrimonial market too.
And what's bothering you? In my opinion, in the general understanding of acquiring life wisdom. The wisdom of life is humility. It's a constant doubt, checking if reality is what it seems. Wisdom is a search. Answers are not obvious and dogmatic. To accept the life of the discoverer, one must first humbly admit that nothing is for sure. And just accept such ignorance, uncertainty.

Accept lack of self-confidence.

Often, the concept of self-confidence is sometimes confused with self-esteem. And I think that this is the core of the matter. Confidence and self-esteem are not the same! Every man in the world, when he comes into life, deserves to be high or (as it has recently been said to say) sufficiently high self-esteem. It is an internal acceptance for oneself as it is. With advantages and disadvantages. For self-esteem, you do not have to deserve anything, it depends neither on wealth, nor on appearance or education. It is kind of love for yourself, acceptance of yourself and joy of those few moments of life that each of us has before us.

I think that if people had a sufficiently high self-esteem, they would not have to play self-confidence. You would not need this mask, which usually conceals a lost, undervalued and unloved being. There wouldn't exist a book about how to pretend something outside that is missing inside.

Finally, I will humbly ask: maybe I am wrong?

Współtwórcy